Velo Czorsztyn

W Pieniny pojechałem w czwartek. Świadomie. Żeby zdążyć przed falą weekendowych turystów, która zazwyczaj zalewa tę okolicę w piątkowe popołudnia. I faktycznie – opłaciło się. Trasa była niemal pusta. Spotkaliśmy może kilka osób. Cała ta przestrzeń – jezioro, góry, asfalt wśród łąk i wzgórz – była tylko nasza. I właśnie w takich chwilach przypomina mi się, po co to wszystko.

Timing is everything

Wyruszyliśmy już w czwartek – strategiczna decyzja. Dobrze wiedziałem, że w piątek wieczorem zaczną zjeżdżać tu tłumy weekendowych rowerzystów, piechurów i turystów z każdego zakątka Polski i nie tylko. I nie pomyliłem się. To była mądra decyzja, bo trasa należała do nas i tylko do nas. Velo bez tłoku to zupełnie inne doświadczenie – jakby się miało cały ten krajobraz na wyłączność, jakby jechało się przez prywatną galerię pejzaży, gdzie góry i jezioro grają role pierwszoplanowe, a cisza jest soundtrackiem tej przygody. Niesamowite.

Celem był przejazd trasą Velo Czorsztyn i fragmentem Velo Dunajec, aż do Czerwonego Klasztoru po słowackiej stronie. I choć wielu mówi, że to najpiękniejsza trasa rowerowa w Polsce, dopiero na miejscu rozumiesz, że… no trudno się z tym nie zgodzić. Widoki są nie do pobicia, droga świetnie przygotowana, a infrastruktura – restauracje, punkty odpoczynku, kierunkowskazy, MORy i stojaki rowerowe – przypomina bardziej zachodnioeuropejski standard niż to, co zwykle spotyka się w Polsce. Naprawdę mucha nie siada!

Wyruszyliśmy rano, około 9:00. Do wieczora zrobiliśmy prawie 60 kilometrów. Nie był to spacer. Trasa ma cztery konkretne podjazdy, z nachyleniem dochodzącym do 11%. Tam już nie było miejsca na ambicje – rowery trzeba było po prostu pchać. Ale po każdym z tych podejść czekała nagroda – albo zjazd, albo widok, który zatrzymywał w miejscu.

W Czerwonym Klasztorze zatrzymaliśmy się na obiad. Klasyka: smażony ser, tatarska omaćka i Šariš. Prosto, tłusto i idealnie. A na deser, razem z córką zwiedziliśmy klasztorne muzeum. W środku panuje spokojna, trochę surowa atmosfera – białe mury, drewniane belki, stare księgi, zielarskie sprzęty mnichów i historie, które działają na wyobraźnię. Zrobiliśmy kilka zdjęć, pokręciliśmy się po wirydarzu, zajrzeliśmy nawet do celi jednego z najbardziej znanych kartuzów – brata Cypriana. Miejsce naprawdę zrobiło na nas dobre wrażenie. Słowacy, jak zwykle, okazali się życzliwi i uśmiechnięci. Lubię ich za ten luz i brak napinki.

Na nocleg wybraliśmy pole namiotowe Łęg w miejscowości Frydman. Bez zadęcia, bez wielkich udogodnień, ale wszystko, co trzeba, było na miejscu – czyste sanitariaty, blisko do jeziora, spokój i miły Pan w recepcji (ten z kolczykami). Może to kwestia tego, że pierwszy raz w tym sezonie spaliśmy w Fistachu, ale poranna kawa przy kuchence turystycznej smakowała jak najlepszy flat white w drogiej kawiarni. Siedzieliśmy w trawie, w cieniu drzew, grzejąc się w słońcu, a rankiem spowiły nas mgły. Klimat panujący na polach campingowych jest nie do podrobienia i nie zastąpi tego nigdy żaden hotel. Wtedy też człowiek przypomina sobie, za czym naprawdę tęskni.

Od strony fotograficznej – miejsce marzenie. Światło nad Jeziorem Czorsztyńskim potrafi zaskoczyć. Poranki są miękkie, złote, a wieczory nasycone, z długimi cieniami. Dużo zdjęć zrobiłem na spontanie – nie szukałem spektakularnych kadrów, a w dodatku jechaliśmy w środku dnia przy najgorszym możliwym świetle.

Na polu campingowym spotkaliśmy starszą parkę z Niemiec, którzy przejechali ponad 2 tysiące tym ciągnikiem. Oczywiście z racji ograniczeń nie mogli jechać po autostradach, dlatego ich podróż jeszcze bardziej się wydłużyła. Czy miałbym szanse trafić na coś takiego będąc w hotelu z opcja all exclusive?

Velo Czorsztyn i Dunajec to nie tylko dobrze wyasfaltowana linia na mapie rowerowych marzeń. To opowieść o krajobrazie, który nie potrzebuje filtrów, o miejscach, gdzie techniczna precyzja spotyka się z emocjonalnym krajobrazem. To także test – dla nóg, kondycji i cierpliwości, zwłaszcza na tych kilku bezczelnych podjazdach, które przypominają, że rower bywa też sportem siłowym.

Ale przede wszystkim to podróż w tempo inne niż miejskie. Takie, w którym jest czas, by się zatrzymać. Napić się kawy, zrobić zdjęcie, pobyć z dzieckiem, poczuć grunt pod nogami – dosłownie i w przenośni. I właśnie to sprawia, że chce się tam wrócić. Bo choć tras rowerowych w Polsce jest coraz więcej, niewiele z nich zostaje w głowie tak długo jak ta – wijąca się wśród gór, jeziora i granicy, której właściwie się nie czuje.

To miejsce, gdzie technika spotyka naturę, asfalt dogaduje się z przyrodą, a człowiek – choć spocony i chwilami zmęczony – czuje się po prostu dobrze. Jak u siebie. Nawet jeśli to tylko krótki, kilkudziesięciokilometrowy epizod.


  • MIEJSCE: Frydman
  • POLE CAMPINGOWE: Camping Łęg (link)

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze