
Uroczysko 2026 – dziesiąta odsłona, czyli jubileusz, który zapamiętam do końca życia
Są festiwale, na które się jeździ i są festiwale, które się przeżywa. Uroczysko od lat należy do tej drugiej kategorii, ale tegoroczna, jubileuszowa, dziesiąta edycja przebiła wszystko, co dotąd znałem. Bez cienia przesady mogę napisać, że to był najpiękniejszy, najbardziej wzruszający i najintensywniejszy festiwalowy czas w moim życiu.
Dziesięć lat. Powiedzieć to na głos, a potem jeszcze raz w głowie, to zupełnie inne doświadczenie niż zobaczyć tę liczbę na banerze przy wjeździe. Dziesięć lat wspomnień, przyjaźni, ogromnej ilości muzyki, tysięcy przetańczonych godzin i tego samego, niezmiennie magnetycznego uczucia, które każe wracać tu rok w rok. Jeśli miałbym jednym słowem opisać tę edycję, byłoby to słowo „pełnia”. Pełnia emocji, pełnia ludzi, pełnia wdzięczności.










Ludzie, czyli sedno sprawy
Mógłbym pisać peany o line-up’ie, o scenografii, o organizacji i za chwilę to zrobię, bo jest o czym, ale zacznę od tego, co najważniejsze. Tegoroczne Uroczysko spędziłem w absolutnie wymarzonym gronie: najbliższych, przyjaciół sprzed lat i znajomych, z którymi co roku odnawiam tę samą, niesłabnącą więź. Nie da się tego przecenić. Można postawić najlepszą scenę świata, zaprosić najlepszych artystów, ale bez odpowiednich ludzi obok, festiwal pozostanie tylko zbiorem dźwięków. My mieliśmy komplet, śmiech przy porannej kawie, wspólne tańce (choć może nie) do białego rana, rozmowy, które zostają w pamięci dłużej niż niejeden set. To był czas absolutnie bezcenny i mam wrażenie, niepowtarzalny nawet jak na standardy tego miejsca.










Muzyka i atmosfera: jak zawsze bez konkurencji
Sceny, jak co roku, oferowały coś dla każdego: od energetycznych, transowych uderzeń na głównej scenie, przez transcendentne, wielogodzinne podróże dźwiękowe w leśnych zakątkach, po chwile wyciszenia o poranku, kiedy słońce dopiero wychodzi zza koron drzew, a ciało i umysł powoli wracają do siebie po nocy pełnej tańca. Trudno o lepszy sposób na odnalezienie równowagi między szaleństwem a spokojem.
Jubileuszowy charakter edycji było czuć w każdym detalu, w scenografii, w drobnych nawiązaniach do poprzednich lat, w energii, którą dzielili się ze sobą zarówno bywalcy, jak i debiutanci. Czuło się, że to wydarzenie wyjątkowe, święto, a nie kolejna, rutynowa edycja.










Dziesięć lat później
Trudno oprzeć się refleksji, kiedy stoi się na miejscu, które zna się na pamięć, a mimo to wciąż potrafi zaskoczyć. Patrząc w tym roku na wszystkich wokół – tych, którzy jeżdżą tu od pierwszej edycji i tych, dla których był to pierwszy raz, miałem wrażenie, że obserwuję coś więcej niż festiwal. To była żywa historia, budowana przez dekadę wspólnym wysiłkiem, cierpliwością i miłością do tego miejsca. Dziesięć lat temu nikt pewnie nie przypuszczał, że z małej inicjatywy powstanie coś na taką skalę, a jednak właśnie to się wydarzyło. I chyba właśnie ta świadomość, że jest się częścią czegoś, co rosło i dojrzewało razem z nami, sprawiła, że tegoroczna edycja smakowała inaczej niż wszystkie poprzednie.














Podziękowania
Na koniec, bo bez tego żaden wpis o Uroczysku nie może się obyć, ogromne, płynące prosto z serca podziękowania dla całej ekipy organizatorów. Za dziesięć lat pracy, pasji i konsekwencji. Za to, że za każdym razem, mimo upływu czasu, udaje się Wam zaskoczyć na nowo. Za to, że tworzycie miejsce, do którego chce się wracać, i o którym chce się opowiadać. Dziękuję za tę jubileuszową edycję – była wyjątkowa pod każdym względem, a wspomnienia z niej zostaną ze mną na bardzo długo.
Do zobaczenia, Uroczysko, oby jak najszybciej!
Peace!




Pełna fotorelacja: TUTAJ!
I na Facebooku: WKRÓTCE
