
Siedem razy w stronę słońca
Nie pamiętam już, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby wracać co roku w rzepak.
Być może nie było żadnego pomysłu. Większość najważniejszych rodzinnych rytuałów rodzi się przecież dokładnie w ten sposób – przypadkiem. Nikt nie planuje ich z wyprzedzeniem, nie zapisuje w kalendarzu ani nie ogłasza uroczyście ich inauguracji. Po prostu coś wydarza się raz, potem drugi, trzeci, a po kilku latach człowiek orientuje się, że stworzył własną tradycję.
W tym roku zrobiliśmy takie zdjęcie po raz siódmy.
Znów stoimy tyłem do obiektywu. Przed nami droga przecinająca żółte pole, gdzieś dalej zachodzące słońce. Kadr jest niemal identyczny jak przed laty. Zmieniają się jedynie ludzie znajdujący się w środku tej historii.
I właśnie dlatego ten cykl jest dla mnie czymś znacznie większym niż serią fotografii.
Fotografia ma bowiem pewną przewrotną cechę. Kiedy wykonujemy zdjęcie, wydaje nam się, że dokumentujemy teraźniejszość. Tak naprawdę fotografujemy przyszłe wspomnienie. Obraz zaczyna nabierać znaczenia dopiero z czasem. Im więcej lat mija, tym więcej warstw pojawia się w pozornie zwyczajnym kadrze.
Pierwsze zdjęcie powstało wtedy, gdy Zojka była jeszcze małą dziewczynką. Tak małą, że świat kończył się dla niej mniej więcej na wysokości kolan dorosłego człowieka. Wszystko było nowe, ogromne i fascynujące. Kałuże miały rangę odkryć geograficznych, a znalezienie interesującego patyka stanowiło wydarzenie porównywalne z odnalezieniem skarbu.
Dzisiaj patrzę na nią i widzę kogoś zupełnie innego. Nie dlatego, że urosła. To akurat widać od razu.
Bardziej fascynuje mnie zmiana, której nie da się zmierzyć centymetrem. Coraz więcej w niej własnych opinii, własnych pomysłów, własnych zachwytów i własnych buntów. Coraz częściej mam wrażenie, że nie tyle prowadzę ją przez świat, ile mam zaszczyt obserwować, jak sama zaczyna wyznaczać własne kierunki.
Być może właśnie to jest najdziwniejszą częścią rodzicielstwa.
Przez lata wydaje nam się, że wychowujemy dzieci. Tymczasem pewnego dnia odkrywamy, że równie intensywnie one wychowują nas. Uczą cierpliwości. Pokory. Zachwytu nad rzeczami, które dawno przestaliśmy zauważać. Każą zwolnić wtedy, gdy wydaje nam się, że koniecznie musimy przyspieszyć.
Przypominają, że świat nie składa się wyłącznie z terminów, obowiązków i list zadań. Że czasami warto zatrzymać się przy mleczu, chrząszczu albo wyjątkowo interesującym kamieniu, nawet jeśli cały rozsądny, dorosły wszechświat podpowiada, że są ważniejsze sprawy.
Patrząc na siedem zdjęć ustawionych obok siebie, widzę oczywiście dorastanie Zojki.
Ale widzę też coś jeszcze. Widzę upływ własnego czasu.
To odkrycie przychodzi niepostrzeżenie. Człowiek przez większość roku funkcjonuje w przekonaniu, że niewiele się zmieniło. Nadal lubi tę samą muzykę. Nadal jeździ rowerem. Nadal pije kawę zdecydowanie za późno wieczorem. Nadal wydaje mu się, że wszystko jest mniej więcej takie samo.
Potem jednak ogląda fotografie sprzed siedmiu lat i dostrzega, że czas pracował również nad nim.
Trochę zmienił twarz. Trochę spojrzenie. Trochę sposób rozumienia świata. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że na tych zdjęciach właściwie nic spektakularnego się nie dzieje. Nie ma egzotycznych krajobrazów. Nie ma wielkich podróży. Nie ma dramatycznych historii. Jest tylko ojciec i córka stojący pośród rzepaku. A mimo to właśnie te fotografie należą do najcenniejszych, jakie kiedykolwiek wykonałem.
Być może dlatego, że z wiekiem coraz bardziej przekonuję się, iż życie nie składa się z wielkich wydarzeń. Budują je rzeczy pozornie zwyczajne. Powtarzalne rytuały. Te same miejsca odwiedzane po raz kolejny. Drogi, które dobrze znamy. Ludzie, którzy idą obok nas przez lata.
W kulturze nieustannej nowości bardzo łatwo przeoczyć wartość powtarzania. A przecież to właśnie powtarzanie tworzy pamięć.
Nie pamiętamy pojedynczego śniadania z dzieciństwa. Pamiętamy setki podobnych poranków.
Nie pamiętamy jednego spaceru. Pamiętamy poczucie, że ktoś był obok przez całe lata.
Nie pamiętamy konkretnego zachodu słońca. Pamiętamy ludzi, z którymi oglądaliśmy ich dziesiątki.
Dlatego wracamy co roku. Nie po to, by odtworzyć stare zdjęcie. Nie po to, by porównywać wzrost albo odhaczyć kolejny punkt rodzinnej tradycji. Wracamy po coś znacznie bardziej ulotnego. Po możliwość spojrzenia na własne życie z perspektywy, której na co dzień nie mamy. Po dowód, że kolejny rok wspólnej drogi właśnie minął. Po przypomnienie, że czas nie zawsze jest naszym przeciwnikiem. Czasami jest po prostu kronikarzem. A fotografia pozostaje jednym z niewielu języków, w których potrafimy z nim rozmawiać.
Za rok prawdopodobnie znów staniemy gdzieś pośród żółtych pól. Znów odwrócimy się plecami do aparatu. Znów spojrzymy w stronę słońca. I znów wydawać nam się będzie, że niewiele się zmieniło.
Do momentu, aż obok siebie położymy osiem fotografii.
Peace!

Przepraszam za ciszę. Byłem tak pochłonięty pewnymi sprawami, że zabrakło mi przestrzeni na napisanie jakiegokolwiek komentarza. Jak zawsze wspaniale, choć dla mnie w tej chwili Twój tekst jest mega dołujący, Ale to teraz u mnie taki okres, okres z którym musze sam sobie jakoś poradzić. Sesja jak zawsze w sztos. Mega się cieszę. Ale ta ulotność i ten nasz „kronikarz” zawsze nam pokazuje. Zakładam, że zawsze u Ciebie będziesz kładł te zdjęcia…za rok 8, 9, 10….18…u mnie tyle nie będzie. Peace Ziomeczku