


Polesie, czyli 144 bociany i sklepik na dzwonek
Po kazimiersko-lubelskim rozdziale, pełnym wina, architektury i miejskiego gwaru, przyszła pora na coś zupełnie innego. Polesie przywitało nas ciszą tak gęstą, że momentami aż dzwoniącą w uszach, ciszą, o jaką w dzisiejszych czasach coraz trudniej i o jaką, jak się okazało, wcale nie było łatwo przestać się dopominać.
Zatrzymaliśmy się na campingu w Pieszowoli, miejscu, które śmiało można nazwać odkryciem tego wyjazdu. Byliśmy tam sami, dosłownie sami, bez sąsiadującego campera po lewej, bez namiotu po prawej, tylko my, łąka i ta charakterystyczna dla Polesia cisza. Camping prowadzi Pani Agnieszka, osoba tak sympatyczna i zaangażowana, że trudno było znaleźć jakikolwiek powód do narzekania, bo szczerze mówiąc, nie było go czego szukać. Wszystko działało, wszystko było czyste, a atmosfera miejsca sprawiała, że człowiek zwalniał niemal automatycznie, bez żadnego wysiłku woli. Polecamy z pełnym przekonaniem.
Pieszowola ma zresztą w sobie coś z minimalistycznego uroku, który po dłuższym pobycie w mieście działa jak balsam. Jest tam jeden sklepik, ale nie taki zwyczajny, bo działający na zasadzie dzwonka. Naciska się przycisk, czeka chwilę, i po chwili pojawia się pan, który otwiera i obsługuje. Prosty, niemal archaiczny system, a jednocześnie coś, co doskonale oddaje ducha tych okolic, tempo wyznaczane nie przez zegarek, lecz przez rzeczywistą potrzebę.




Bociany, czyli Zojka liczy do 144
Jeśli miałbym jednym obrazem podsumować Polesie, byłyby to bociany. Setki bocianów, dosłownie, na łąkach, na słupach, na kominach, przy drodze, w locie, wszędzie. Nasza córka Zojka wzięła sobie ich liczenie na poważnie i, uzbrojona w iście naukową determinację, doliczyła się w sumie stu czterdziestu czterech. Nie mam podstaw, by kwestionować ten wynik, choć podejrzewam, że przy takiej gęstości bocianiej populacji równie dobrze mogłoby być ich sto pięćdziesiąt albo sto trzydzieści. W każdym razie Polesie okazało się bocianią stolicą, jakiej dotąd nie mieliśmy okazji doświadczyć.




Rowerem do Urszulina
Nie mogło oczywiście zabraknąć rowerów. Wybraliśmy się trasą do Urszulina, i tu od razu uczciwa uwaga: ścieżki rowerowe w tych okolicach nie są może przygotowane w sposób, który zadowoliłby miłośnika gładkiego asfaltu, momentami piaszczyste, momentami nierówne, wymagające nieco większej uważności niż zwykle. Ale to właśnie w tej niedoskonałości tkwił urok całej wyprawy. Jazda przez otwarte przestrzenie Polesia, z bocianami odprowadzającymi nas wzrokiem niemal na każdym kilometrze, z tym charakterystycznym, płaskim, poleskim krajobrazem rozciągającym się po horyzont, była doświadczeniem, które z powodzeniem rekompensowało wszelkie techniczne niedogodności trasy. Czasem najlepiej zapamiętane kilometry to te, które nie były najwygodniejsze.



Zamiast podsumowania
Polesie nie próbuje niczym zaimponować. Nie ma tu monumentalnej architektury ani festiwalowego gwaru, jest za to cisza, przestrzeń i bociany, które zdają się traktować całą okolicę jak swoją prywatną własność. To był krótki, ale bardzo potrzebny rozdział tej podróży, taki, który przypomniał nam, że czasem najwięcej daje po prostu zwolnienie i pozwolenie, by nic się nie działo.



MIEJSCE: Pieszowola
CAMPING: Kamper Park Polesie

