Leskovec nad Moravicí


Campervanem ku czeskiemu luzowi

Czesi od zawsze mieli u mnie fory. Nie dlatego, że historia każe nam ich traktować z pewną dozą pobłażliwości (wszak nasze wspólne dzieje pełne są epizodów, w których byliśmy albo sobie potrzebni, albo nieco zbędni), lecz z powodu ich narodowego etosu luzu, przyrodzonej zdolności do traktowania świata z wyraźnym przymrużeniem oka. Nie znam innego kraju, gdzie tak powszechnie panuje przekonanie, że życie nie służy do wiecznej pracy, lecz do biesiady przy kuflu piwa, gry w hospodowe karty i konsumpcji smaženého sýra, podawanego z tatarską omaćką, która swoją nomen omen „tatarskością” bardziej przypomina barwną baśń kulinarną niż realną genealogię potrawy.

Uwielbiam ten ich prostolinijny hedonizm, ową mieszankę piwnego zen i praktycznej filozofii codzienności. Ilekroć jadę do Czech, wiem, że zamiast narodowej tromtadracji, dostanę porcję swojskości, że zamiast pompatycznych manifestów otrzymam na stół kufel pilznera i że, co najważniejsze, nikt nie będzie się nigdzie spieszył.

Kierunek: Leskovec nad Moravicí

Tym razem na mapie moich campervanowych peregrynacji pojawiło się miejsce, o którym wcześniej nie wiedziałem zgoła nic. Leskovec nad Moravicí – brzmi jak nazwa, którą wymyśliłby student bohemistyki, próbując zaliczyć egzamin z fonetyki. A jednak to miasteczko istnieje realnie i, co więcej, skrywa całkiem przyjemną enklawę turystyczną: Minikemp Harta.

Nie będę udawał, że wybór był planowany. Otóż nie. Zadziwiający splot okoliczności i tu pozwolę sobie na małą dygresję, sprawił, że po raz pierwszy w dziejach moich licznych, czeskich eskapad spotkała mnie rzecz niewyobrażalna: brak miejsc na campingu. W Czechach! Kraju, w którym, jak dotąd sądziłem, każdy kempingowy pielgrzym znajdzie dla siebie choćby skrawek łąki, kawałek przyczepowego asfaltu czy w najgorszym razie parking obok wiejskiej remizy. A jednak los postanowił inaczej.

Zmuszony do nieplanowanego manewru, trafiłem właśnie do owego Minikempu Harta. I paradoksalnie był to fortunny przypadek, przykład tego, co Anglosasi nazywają serendipity: odkryciem wartościowych rzeczy przez czysty przypadek.

Jezioro – laboratorium hedonizmu

Nie można mówić o Leskovcu bez wspomnienia o jeziorze. Otacza ono okolicę niczym wielka, turkusowa tafla, kusząc wodnym magnetyzmem. Dobrze zagospodarowane, pełne infrastruktury, a jednocześnie nieprzepełnione, co samo w sobie jest fenomenem.

Możliwości? Cała paleta. Jeśli ktoś posiada inklinacje ku sportom ekstremalnym – proszę bardzo: kitesurfing, gdzie człowiek staje się zakładnikiem wiatru i adrenaliny. Dla bardziej zrównoważonych – SUP, czyli stand up paddle, aktywność z pogranicza fitnessu i medytacji zen, wymagająca równowagi nie tylko fizycznej, ale i duchowej. A dla tradycjonalistów? Stara, dobra szkoła pływania wpław, które pozwala odczuć kontakt z żywiołem wody w jego najczystszej postaci.

Wszystko to razem tworzy swoisty ekosystem wypoczynku, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie od tego, czy jego życiowe credo brzmi „carpe diem”, czy raczej „dolce far niente”.

Plovárna Na Výsluní – czeski genius loci

Jednak prawdziwym objawieniem tej podróży okazał się inny adres. Około dwudziestu kilometrów od Leskovca, w miejscu, które w polskich realiach moglibyśmy określić jako „nigdzie pomiędzy”, znajduje się basen o wdzięcznej nazwie Plovárna Na Výsluní.

Jeśli miałbym stworzyć definicję idealnego aquaparku dla introwertyków, to byłoby właśnie to miejsce. Żadnych tłumów, żadnych kolejek do zjeżdżalni, żadnego przesadnego zgiełku. Cisza, przestrzeń, a do tego pejzaż, który mógłby ilustrować podręcznik estetyki krajobrazu. Góry na horyzoncie, szum drzew, tafla wody, która wydaje się być przedłużeniem nieba.

To właśnie tam spędziliśmy cały dzień, który wrył się w pamięć jako apoteoza czystego relaksu. Odpoczynek bez wyrzutów sumienia, kąpiel bez konieczności liczenia minut, patrzenie w niebo bez poczucia straty czasu. Rzadko zdarza mi się pisać w tonie wybitnie rekomendacyjnym, ale tu nie mam wątpliwości: polecam bez zastrzeżeń.

Campervan jako wehikuł wolności

Nie byłoby jednak całej tej opowieści bez kontekstu campervanowego. To właśnie ten środek transportu, będący jednocześnie domem, schronieniem i ruchomym laboratorium wolności nadał wyjazdowi odpowiedni ton. W kamperze podróż staje się nie tyle przemieszczeniem, ile filozofią i rodzajem praktycznego stoicyzmu na czterech kołach.

Możliwość zatrzymania się tam, gdzie dusza zapragnie, unikanie rutyny hotelowych śniadań podawanych według niemieckiej punktualności, obcowanie z krajobrazem w trybie slow motion – wszystko to sprawia, że campervan staje się czymś więcej niż pojazdem. To raczej mentalna kategoria, state of mind.

Kilka refleksji na koniec

Wyjazd na czeskie pogranicze z całym jego luzem, z kuflem piwa w tle, z kulinarnym rytuałem smaženého sýra i kąpielą w jeziorze przypomniał mi tylko, że podróżowanie nie musi oznaczać spektakularnych destynacji. Wystarczy przypadek, drobny błąd w planie, brak miejsca na jednym campingu, by odkryć coś zupełnie nowego.

Morawy w tym wydaniu okazały się czymś więcej niż geograficznym regionem – stały się metaforą podróży samej w sobie. Nieprzewidywalnej, nieplanowanej, czasem chaotycznej, ale zawsze niosącej ze sobą obietnicę odkrycia.

Jak mawiają Czesi, to se vyplatí.


  • MIEJSCE: Leskovec nad Moravicí
  • CAMPING: Minikemp Harta

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze