kaligrafia czasu

Fotografia portretowa bywa czasem próbą zatrzymania człowieka przed ostatecznym rozpłynięciem się w czasie. I oczywiście brzmi to nieco nazbyt literacko, może nawet podejrzanie melancholijnie, ale im człowiek starszy, tym wyraźniej rozumie, że aparat fotograficzny nie służy wyłącznie do rejestrowania światła. To raczej osobliwy instrument pamięci – niedoskonały, fragmentaryczny, ale momentami zdolny ocalić coś znacznie ważniejszego niż sam wygląd fotografowanej osoby.

To zdjęcie zrobiłem mojej babci Heli w dniu jej dziewięćdziesiątych urodzin.

I dziś, kiedy już jej nie ma, patrzę na ten portret zupełnie inaczej niż wtedy, gdy naciskałem spust migawki.

Bo wtedy był po prostu fotografią.

Dziś jest archiwum.

Moja babcia należała do tego pokolenia ludzi, o których bez cienia przesady można powiedzieć, że naprawdę znali życie. Nie w instagramowym sensie „życiowych doświadczeń”, ograniczających się do wypalenia zawodowego w korporacji i chwilowego digital detoxu w Bieszczadach, ale w znaczeniu dosłownym, niemal biologicznym. Przeżyła wojnę, wysiedlenia, głód, mróz i permanentny strach. Dorastała zaledwie dwieście kilometrów od Wołynia i doskonale wiedziała, czym było ludobójstwo dokonane przez UPA na ludności polskiej po 1943 roku. Dla mojego pokolenia to głównie rozdziały książek historycznych i kadry z filmu Wołyń. Dla niej – rzeczywistość.

I chyba właśnie tego nigdy nie potrafiłem do końca pojąć.

Jak człowiek po przeżyciu czegoś takiego wraca później do zwyczajnego życia? Jak po doświadczeniu wojny można jeszcze spokojnie gotować rosół, śmiać się z głupich dowcipów, podlewać kwiaty albo oglądać wiadomości, irytując się poziomem debaty publicznej? Mój umysł do dziś nie potrafi tego objąć. Być może dlatego, że współczesny człowiek Zachodu został wychowany w rzeczywistości tak komfortowej, że najmniejsze pęknięcie codziennej rutyny urasta momentami do rangi osobistej katastrofy.

A ona po prostu szła dalej.

Bez ostentacyjnego cierpiętnictwa. Bez celebrowania własnych traum. Bez tej współczesnej tendencji do budowania całej tożsamości wokół doznanych krzywd. Oczywiście – życie łamało ją zapewne wielokrotnie. Musiało. Ale zawsze znajdowała w sobie jakąś zadziwiającą siłę do dalszego funkcjonowania. Cichą. Niewidowiskową. Pozbawioną patosu.

Twardzielka.

I to w najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa.

Co ciekawe, kompletnie nie przypominała stereotypowej polskiej babci, którą kultura masowa próbuje nam sprzedać od dekad. Nie była typem osoby okupującej przychodnię zdrowia od świtu ani religijnej fundamentalistki przekazującej połowę emerytury mediom ojca Rydzyka w ramach inwestycji w życie wieczne. Owszem, wierzyła, ale jej wiara była raczej prywatną sprawą niż ideologicznym manifestem.

Za to polityką interesowała się bardziej niż niejeden student politologii.

Rzucała nazwiskami ministrów z pamięcią godną dobrze działającego archiwum IPN-u, miała zdroworozsądkowe podejście do świata i co szczególnie uwielbiałem – kompletny brak obsesji na punkcie cudzej odmienności. Ludzie? Tacy, jacy są – bez potrzeby ich katalogowania i oceniania przez pryzmat tego, co nieistotne. Inność? Naturalna część świata. Za to głupota i chamstwo – tego nie tolerowała nigdy.

Miała również wyjątkowy talent do opowiadania świńskich dowcipów.

Niektóre znałem już niemal na pamięć, bo wracały regularnie niczym dobrze zremasterowany sitcom z lat dziewięćdziesiątych, ale mimo wszystko zawsze mnie rozbrajały. Było w niej bowiem coś niezwykle rzadkiego – autentyczna ciekawość świata. Nawet mając dziewięćdziesiąt lat, nadal chciała wiedzieć więcej. Nadal słuchała. Nadal obserwowała ludzi.

I może właśnie dlatego tak dobrze wychodziła na zdjęciach.

Bo fotografia bardzo szybko obnaża człowieka. Można oszukać słowem, ubiorem, pozą, ale twarzy właściwie oszukać się nie da. Zwłaszcza twarzy dziewięćdziesięcioletniej kobiety, na której czas pozostawił całą swoją kaligrafię. Zmarszczki mojej babci nie były wyłącznie oznaką wieku. Były topografią doświadczeń. Mapą historii zapisanej bezpośrednio na skórze.

Pamiętam, że robiąc ten portret, pomyślałem przez chwilę, jak absurdalnym zjawiskiem jest starość. Człowiek wewnętrznie prawdopodobnie nadal czuje się sobą – tym samym chłopakiem albo dziewczyną sprzed dekad – podczas gdy ciało powoli zaczyna przypominać biologiczny rękopis intensywnie używany przez czas.

A jednak w jej oczach nie było rezygnacji.

Było raczej coś znacznie bardziej interesującego: pogodzenie się z rzeczywistością bez utraty apetytu na życie. Bardzo niewielu ludzi potrafi osiągnąć taki stan. Większość albo popada w zgorzknienie, albo desperacko próbuje udawać, że czas ich nie dotyczy. Ona tymczasem funkcjonowała gdzieś poza tym mechanizmem.

Naturalnie.

Bez performowania młodości.

Bez taniego sentymentalizmu.

Bez udawania kogokolwiek.

Patrzę dziś na ten portret i myślę sobie, że takich ludzi będzie coraz mniej. Ludzi zahartowanych przez historię, ale jednocześnie niezainfekowanych nienawiścią. Ludzi, którzy widzieli rzeczy naprawdę straszne, a mimo to zachowali poczucie humoru, otwartość i zwyczajną ludzką przyzwoitość.

Takich babć powinno być zdecydowanie więcej.

Zamysł był nieco inny, zabrałem ze sobą softbox, najlepszy portretowy obiektyw, dwie przenośne lampy. Miało być to bardziej „poważne” zdjęcie, jak na 90-cioletnią damę przystało, chciałem zastosować światło Rembrandtowskie (cechuje się tym, że połowa twarzy modela jest w cieniu, a druga prawie całkowicie oświetlona), dzięki czemu twarz wygląda na cieńszą i linia szczęki jest korzystniej podkreślona. Plany były konkretne, ale na miejscu wszystko się zweryfikowało, babcia przymierzyła sobie moją czapkę i wyglądała w niej na tyle kozacko, że dorzuciłem jeszcze swoją bluzę i zrobiłem dosłownie kilka pstryków w tej stylizacji. To była cała ona, prawdziwa, autentyczna, naturalna, postanowiłem też nie robić jej żadnego retuszu, wszystko pozostawiłem „w oryginale”. Babci portret naprawdę się spodobał.



Portrait photography is sometimes an attempt to hold a person back before they dissolve entirely into time. Of course, that sounds a bit too literary, perhaps even suspiciously melancholic, but the older you get, the more clearly you understand that a camera isn’t just used for recording light. Rather, it is a peculiar instrument of memory imperfect, fragmented, but at times capable of saving something far more important than the mere appearance of the person being photographed.

I took this photo of my grandmother, Hela, on her ninetieth birthday.

And today, now that she is gone, I look at this portrait quite differently than I did when I pressed the shutter button.

Because back then, it was simply a photograph.

Today, it is an archive.

My grandmother belonged to that generation of people of whom it can be said, without a shred of exaggeration, that they truly knew life. Not in the Instagram sense of „life experiences” limited to corporate burnout and a temporary digital detox in the mountains, but in the literal, almost biological sense. She survived war, displacement, hunger, freezing cold, and permanent fear. She grew up just two hundred kilometers from Volhynia and knew precisely what the genocide committed by the UPA against the Polish population after 1943 was. For my generation, those are mostly chapters in history books and frames from a movie. For her they were reality.

And I suppose that is the very thing I could never fully grasp.

How does a person return to an ordinary life after surviving something like that? How can someone, after experiencing war, still calmly cook chicken soup, laugh at stupid jokes, water the flowers, or watch the news while getting annoyed at the quality of public debate? To this day, my mind cannot encompass it. Perhaps because modern Westerners have been raised in a reality so comfortable that the slightest crack in the daily routine occasionally escalates to the rank of a personal catastrophe.

But she just kept going.

Without ostentatious martyrdom. Without celebrating her own traumas. Without that contemporary tendency to build an entire identity around the grievances one has suffered. Of course life undoubtedly broke her multiple times. It had to. But she always found some astonishing strength within herself to keep functioning. A quiet strength. Unspectacular. Devoid of pathos.

A tough cookie.

And in the best possible sense of the word.

Interestingly enough, she didn’t resemble the stereotypical Polish grandmother that mass culture has been trying to sell us for decades. She wasn’t the type to occupy the local health clinic from dawn, nor was she a religious fundamentalist sending half her pension to conservative media empires as an investment in eternal life. Yes, she believed, but her faith was a private matter rather than an ideological manifesto.

On the other hand, she was more interested in politics than many a political science student.

She could rattle off the names of ministers with a memory worthy of a well-functioning historical intelligence archive, she had a common-sense approach to the world, and what I particularly loved a complete lack of obsession with other people’s differences. People? They are who they are no need to catalog them or judge them through the prism of the irrelevant. Otherness? A natural part of the world. But stupidity and vulgarity? That she never tolerated.

She also had a unique talent for telling dirty jokes.

I knew some of them almost by heart because they returned regularly like a well-remastered 90s sitcom, but they always cracked me up regardless. For there was something incredibly rare in her a genuine curiosity about the world. Even at ninety years old, she still wanted to know more. She still listened. She still observed people.

And maybe that is exactly why she was so photogenic.

Because photography strips a person bare very quickly. You can deceive with words, clothing, or a pose, but you can’t really deceive a face. Especially the face of a ninety-year-old woman, upon which time has left its entire calligraphy. My grandmother’s wrinkles weren’t just a sign of age. They were a topography of experiences. A map of history written directly onto the skin.

I remember thinking for a moment while taking this portrait about what an absurd phenomenon old age is. Internally, a person probably still feels like themselves the same boy or girl from decades ago while the body slowly begins to resemble a biological manuscript heavily used by time.

And yet, there was no resignation in her eyes.

Instead, there was something much more interesting: a reconciliation with reality without losing an appetite for life. Very few people manage to achieve such a state. Most either fall into bitterness or desperately try to pretend that time doesn’t apply to them. She, meanwhile, functioned somewhere outside of that mechanism.

Naturally.

Without performing youth.

Without cheap sentimentalism.

Without pretending to be anyone else.

I look at this portrait today and think to myself that there will be fewer and fewer people like this. People hardened by history, yet uninfected by hatred. People who saw truly terrible things and yet retained a sense of humor, openness, and basic human decency.

There should definitely be more grandmothers like her.

The original plan was a bit different; I brought a softbox, my best portrait lens, and two portable flashes. It was supposed to be a more „serious” photo, as befits a 90-year-old lady. I wanted to use Rembrandt lighting (characterized by one half of the subject’s face being in shadow while the other is almost completely lit), which makes the face look slimmer and emphasizes the jawline more favorably. The plans were concrete, but everything shifted once I got there. Grandma tried on my cap and looked so badass in it that I threw my hoodie on her too, and took literally a few snaps in that outfit. That was entirely her real, authentic, natural. I also decided not to do any retouching; I left everything „in the original.” Grandma really loved the portrait.