zmiana obuwia. między boiskiem a modlitwą

Na pewno nie można powiedzieć o Macedonii, że to popularny kraj w Europie. Podejrzewam, że wiedza statystycznego Kowalskiego na temat tego kraju ogranicza się do znajomości Aleksandra Macedońskiego, o ile w ogóle gościa kojarzymy. Być może znajdą się i tacy, którzy spędzili tam urlop nad Jeziorem Ochrydzkim, w okolicach Ochrydy lub Strugi, bo mimo że rejon na pewno nie jest bardzo popularny, to jednak z roku na rok ruch turystyczny znacznie tam wzrasta. Ale to chyba wszystko, na tym nasza wiedza się zapewne kończy, no może jeszcze znajdą się i tacy, którzy będą wiedzieć, że stolicą Macedonii jest Skopje.

Historia, którą chcę dziś przybliżyć, miała miejsce w 2014 roku, kiedy to zupełnie przypadkiem znalazłem się w stolicy Macedonii – Skopje. Skopje jest nudne, betonowe i kiczowate, w dużej mierze za sprawą pomników, którymi obstawione jest właściwie całe centrum miasta i mimo że niektóre mogą się podobać (na przykład takie utrzymane w stylistyce przedwojennego nurtu Art Deco), to jednak nie ukrywajmy, większość niestety szpeci i tak nieciekawą już architekturę miasta. Rok, w którym akurat byłem w Skopje, był dla tego miasta przełomowy, jeśli o pomniki chodzi, bo wiele z nich powstało właśnie w tym roku, zgodnie z projektem „Skopje 2014”, który kosztował Macedończyków bagatela 560 mln euro (żenada). Jednak ja nigdy nie rozumiałem idei stawiania pomników i raczej kojarzą mi się one negatywnie. Beton, pomniki, koszmary architektury (niektóre pamiętają jeszcze czasy trzęsienia ziemi z 63. roku, które konkretnie zniszczyło to miasto) i to właściwie tyle. Po drugiej stronie Kamiennego Mostu znajduje się jednak zupełnie inny świat. Stary Bazar – Stara Czarszija, czyli muzułmańska część Skopje, która oczarowuje orientalną atmosferą – pchlim targiem, pełna jest meczetów, małych sklepików i starych herbaciarni. W Starej Czarsziji, która nasuwa na myśl skojarzenia o Bliskim Wschodzie, dym palonej sziszy miesza się z aromatem kawy dolatującym z okolicznych knajp i kawiarenek. Sklepowe witryny zdecydowanie różnią się od „nowej”, chrześcijańskiej części miasta, sporo tu złota, biżuterii, dywanów i sukni ślubnych. Również tutaj zdecydowanie warto wstąpić do knajpy, kiedy złapie cię głód, w setkach krzyżujących się alejek, od zapachów świeżych owoców i warzyw, smażonej w glinianych naczyniach tavy, czy sałatki szopskiej może fajnie zakręcić się w głowie. Ja zdecydowanie polecam saramę, czyli gołąbki w liściach szczawiu. Na deser, jak prawdziwy Macedończyk, w otomańskiej dzielnicy warto wciągnąć baklawę, lokum albo macedońską chałwę, i koniecznie popić je kawą po turecku. Spędziłem też sporo czasu, przyglądając się, jak w cieniu drzew, miejscowi grają w popularnego tryktraka, który idealnie komponuje się z tym miejscem.

To też oczywiście miejsce, w którym dominują meczety, przy wejściach do których kłębią się setki pozostawionych niechlujnie butów. A jeżeli ma się na tyle szczęścia, że trafi się tam w porze modlitwy, to z wież minaretów słychać śpiewne wołanie muezzinów – co zawsze robi na mnie wrażenie i chyba trochę przeraża. Większość meczetów w Skopje zaprojektowana została w bardzo podobny, prosty sposób – kwadratowa podstawa, kopuła i minaret. Jednak znaleźć można wyjątki, do takich należy choćby najważniejszy i największy w Macedonii, bo mający 22 metry średnicy XV-wieczny meczet Mustafy Paszy, która położona jest na wzgórzu. Miejsce to nie należy do szczególnie odwiedzanych przez turystów i przyznam, że zachodziłem w głowę, dlaczego tak właśnie jest? Może to ostrożność, a może niczym nieuzasadniona obawa? Kto wie, może po prostu miałem szczęście.

Usiadłem na wzgórzu. Byłem sam. Pamiętam, że miałem ze sobą dobrą kawę z jakiejś lokalnej kawiarni i butelkę zimnej wody. Rozłożyłem się tuż przy meczecie, ale też tak, by mieć widok ze wzgórza na starą część Skopje. Przez długi czas przy meczecie nic się nie działo, było już po modlitwie, więc właściwie nie było tam nikogo. Wcześniej byłem w środku i też byłem tam zupełnie sam, więc szybko moją uwagę przykuło znajdujące się nieopodal boisko, na którym kilkunastu młodych adeptów sztuki kopania piłki rozgrywało jakiś podwórkowy mecz. Niby nic, ale emocje sięgały tam zenitu, a ja nie mając nic lepszego do roboty, leżałem na trawie, oparty o plecak i słuchając muzyki, popijałem pyszną, średnio paloną kawę. Idealne zwieńczenie dnia. Muzyka świetnie komponowała się z tym, co działo się przede mną, z rozciągającym się widokiem, zachodzącym słońcem, a nawet z rozgrywanym meczem piłkarskim. Miałem już całkiem sporo dobrych (przynajmniej w mojej ocenie) zdjęć, które udało mi się zrobić tego dnia, więc nie miałem ciśnienia na więcej. Aparat leżał głęboko w plecaku i byłem przekonany, że nie będzie potrzeby już dziś go używać. Fajrant. W tym momencie, jeden z chłopaków grających w piłkę, zaczął żegnać się z przyjaciółmi, mimo że mecz trwał jeszcze w najlepsze. Pewnie obiecał rodzicom, że będzie wcześniej w domu – domyśliłem się. Pomachał im na pożegnanie i zaczął zbliżać się w moim kierunku, a następnie skierował się w stronę meczetu. Od razu zapaliła mi się lampka, wyjąłem aparat. Wiedziałem, że robienie mu zdjęć w środku, kiedy się modli, byłoby naruszeniem pewnego rodzaju intymności, bo co innego, kiedy w środku jest więcej ludzi, ale ten młodzieniaszek wiedział, że będzie tam zupełnie sam i ja chciałem to uszanować. Jednak nie mogłem przepuścić takiego kadru. W islamie istnieje coś takiego jak ablucja, czyli obmycie się przed modlitwą i należy to do obowiązku wszystkich muzułmanów, którzy mają dostęp do wody i są w stanie się umyć (właściwie przed każdym meczetem są specjalne kraniki z bieżącą wodą). Wygląda to tak, że najpierw trzykrotnie należy dokładnie umyć ręce i nadgarstki, później trzykrotnie należy wypłukać usta… I to był właśnie ten moment.

Tak właśnie powstało to zdjęcie…

Czy jest wyjątkowe? Dla mnie na pewno, choć pewnie pozostawia wiele do życzenia.

Nie widać twarzy tego chłopaka, bo akurat znalazłem się za jego plecami, ale są momenty,

kiedy należy uszanować czyjąś prywatność kosztem gorszego kadru.



You certainly couldn’t call Macedonia a popular European destination. I suspect that the average Joe’s knowledge of the country is limited to Alexander the Great assuming the guy rings a bell at all. Perhaps there are those who have vacationed by Lake Ohrid, around Ohrid or Struga, because even though the region is by no means mainstream, tourism there is noticeably growing year by year. But that’s probably where our knowledge ends; maybe a few will also happen to know that the capital of Macedonia is Skopje.

The story I want to share today took place in 2014, when I found myself entirely by chance in the Macedonian capital. Skopje is dull, concrete, and kitschy, largely due to the monuments that clutter practically the entire city center. While a few might appeal to some for instance, those designed in the style of the pre-war Art Deco movement let’s be honest: most of them unfortunately deface an already uninspiring urban architecture. The year I happened to visit was a turning point for the city as far as monuments were concerned, as many of them were erected that very year under the „Skopje 2014” project, which cost the Macedonians a staggering 560 million euros (pathetic). Then again, I’ve never understood the concept of erecting monuments, and I tend to associate them with negative connotations. Concrete, monuments, architectural nightmares (some still dating back to the 1963 earthquake that thoroughly devastated the city) and that’s about it.

On the other side of the Stone Bridge, however, lies a completely different world. The Old Bazaar Stara Čaršija the Muslim quarter of Skopje, charms you with its oriental atmosphere. It features a flea market and is packed with mosques, small shops, and old teahouses. In the Old Bazaar, which strongly evokes the Middle East, the smoke of burning shisha blends with the aroma of coffee drifting from nearby eateries and cafés. Shop windows differ drastically from the „new,” Christian part of the city; there is an abundance of gold, jewelry, rugs, and wedding dresses. It’s also a place where you definitely want to drop into a tavern when hunger strikes. In the hundreds of intersecting alleys, the smells of fresh fruit and vegetables, tava baked in clay pots, or shopska salad can delightfully make your head spin. Personally, I highly recommend sarma stuffed cabbage rolls wrapped in sorrel leaves. For dessert, just like a true Macedonian, it’s worth tucked into some baklava, lokum, or Macedonian halva in the Ottoman quarter, and absolutely washing it down with a Turkish coffee. I also spent a good deal of time watching the locals play backgammon in the shade of the trees, a game that complements the setting perfectly.

Naturally, this is also an area dominated by mosques, with hundreds of carelessly discarded shoes cluttering their entrances. If you are lucky enough to be there during prayer times, the melodic call of the muezzins echoes from the minaret towers something that always leaves an impression on me, and perhaps unnerves me just a little. Most mosques in Skopje are designed in a very similar, straightforward fashion: a square base, a dome, and a minaret. Yet exceptions can be found, such as the 15th-century Mustafa Pasha Mosque. Sitting on a hill, it is the most important and largest mosque in Macedonia, boasting a dome 22 meters in diameter. The site isn’t particularly frequented by tourists, and I must admit I racked my brain trying to figure out why. Perhaps it’s caution, or maybe an unjustified anxiety? Who knows, maybe I was just lucky.

I sat down on the hill. I was alone. I remember having a good coffee from some local café and a bottle of cold water with me. I spread out right by the mosque, positioned so I had a view from the hill over the old part of Skopje. For a long time, nothing happened by the mosque; prayer was over, so there was practically no one around. I had been inside earlier and was entirely alone there too, so my attention was quickly drawn to a nearby pitch where a dozen young adepts of the art of football were playing a neighborhood match. It was nothing extraordinary, yet the emotions were running sky-high. Having nothing better to do, I lay on the grass, leaning against my backpack and listening to music while sipping my delicious, medium-roast coffee. The perfect conclusion to the day. The music blended wonderfully with what was unfolding before me the sprawling view, the setting sun, even the football match. I already had quite a few good photos (at least in my estimation) from that day, so I felt no pressure to get more. The camera was packed deep inside my backpack, and I was convinced there would be no need to use it again. Clocking off time.

At that moment, one of the boys playing football began saying goodbye to his friends, even though the match was still in full swing. He probably promised his parents he’d be home early, I reasoned. He waved goodbye and started walking in my direction, then headed toward the mosque. Instantly, a light bulb went off in my mind; I pulled out my camera. I knew that taking photos of him inside while he prayed would be an intrusion into a kind of intimacy it’s one thing when there are more people inside, but this youngster knew he would be completely alone, and I wanted to respect that. However, I couldn’t pass up a frame like this. In Islam, there is a ritual known as ablution wudu the washing before prayer, which is an obligation for all Muslims who have access to water and are able to wash (practically every mosque features special taps with running water out front). The process goes like this: first, you must thoroughly wash your hands and wrists three times, then rinse your mouth three times… and that was the exact moment.

That is precisely how this photograph came to be…

Is it exceptional? To me, certainly, though it probably leaves a lot to be desired. You can’t see the boy’s face because I happened to find myself behind his back but there are moments when you must respect someone’s privacy at the cost of a lesser frame.