
z Indii nie wraca się nigdy
Indie zmieniają człowiekowi światopogląd. To banał powtarzany przez niemal każdego, kto choć raz spędził tam więcej niż tydzień, ale jak większość banałów okazuje się boleśnie prawdziwy. Zmieniają sposób myślenia, redefiniują pojęcie komfortu, przesuwają granice percepcji i uczą pokory z brutalnością godną dobrze przeprowadzonego eksperymentu socjologicznego. Może zabrzmi to zbyt górnolotnie, ale z Indii naprawdę wraca się innym człowiekiem. I nie chodzi tu wyłącznie o fascynację egzotyką, kadzidłami, kolorowymi sari czy duchowością eksportowaną dziś na Zachód w formie instagramowego wellness-contentu dla klasy średniej.
Indie są znacznie bardziej skomplikowane.
To kraj kontrastów tak radykalnych, że europejski umysł momentami zwyczajnie przestaje je przetwarzać. Tutaj skrajna bieda sąsiaduje z przepychem, świętość z groteską, a metafizyka z fizjologią. Zapach przypraw miesza się z odorem ścieków, kadzideł i spalanych ciał. Na jednej ulicy można zobaczyć nowoczesne BMW, świętą krowę przeżuwającą plastikową reklamówkę i dziecko śpiące na kartonie obok stada wychudzonych psów. Wszystko jednocześnie. Bez montażu. Bez filtrów.
Nigdy nie zapomnę pierwszego wyjścia z lotniska w Bombaju. Człowiek wychowany na fotografiach z National Geographic i romantycznych wyobrażeniach o mistycznym Wschodzie nagle dostaje w twarz rzeczywistością tak intensywną, że przez chwilę zwyczajnie nie wie, gdzie patrzeć. To był moment poznawczego short circuit. Indie okazały się dokładnym przeciwieństwem estetycznej pocztówki sprzedawanej zachodniemu turyście.
I właśnie dlatego są tak ważne.
Bo odbierają człowiekowi luksus złudzeń.
Z Indii właściwie się nie wraca. Nawet jeśli fizycznie wsiadasz do samolotu i po kilkunastu godzinach znowu jesz śniadanie w sterylnej europejskiej rzeczywistości, to część ciebie zostaje tam już na zawsze – gdzieś pomiędzy chaosem ulic Bombaju, kurzem Radżastanu i wilgotnym powietrzem Goa. A Goa jest osobnym światem.
To specyficzna enklawa, zupełnie inna od reszty kraju. Miejsce, które od końca lat sześćdziesiątych przyciągało hipisów, artystów, outsiderów i wszelkiej maści nomadów próbujących odnaleźć sens życia poprzez muzykę, substancje psychoaktywne i duchowość wymieszaną z permanentnym jet lagiem. Wioski takie jak Anjuna, Vagator czy Chapora do dziś noszą ślady tamtej epoki, choć oczywiście współczesna komercjalizacja zrobiła swoje. Duch kontrkultury został częściowo sprzedany w pakiecie z kokosowym smoothie i koszulką tie-dye za kilkadziesiąt euro.
Ale mimo wszystko coś tam nadal zostało.
Mieszkałem wtedy w Anjunie i niemal codziennie poruszałem się motocyklem, bo na Goa jest to właściwie jedyny sensowny środek transportu. Pewnego popołudnia wracałem właśnie z plaży po zachodzie słońca – zmęczony, przegrzany, szczęśliwy w ten specyficzny sposób, w jaki człowiek bywa szczęśliwy po dobrym curry i kilku godzinach patrzenia na ocean. Zaparkowałem motor w lesie niedaleko plaży i zacząłem gorączkowo szukać kluczyka, który jakimś cudem zapodział się na dnie plecaka. Wyciągałem wszystko po kolei, aż w końcu znalazłem go na samym spodzie. Wrzuciłem rzeczy z powrotem i odjechałem. Dopiero w domu zorientowałem się, że nie mam aparatu.
Nowiutki. Kupiony specjalnie na ten wyjazd. Miał może dwa tygodnie.
Pamiętam dokładnie ten rodzaj lodowatego paraliżu, który pojawia się, kiedy człowiek nagle uświadamia sobie własną idiotyczną nieuwagę. Wróciłem natychmiast do Anjuny, ale oczywiście aparatu już nie było. Zniknął również motocykl, na którym go zostawiłem wypakowując swoje rzeczy z plecaka.
Załamałem się.
Najgorsze było to, że był dopiero początek wyjazdu. Przede mną jeszcze niemal trzy tygodnie w Indiach i ani jednego aparatu. Katastrofa. Egzystencjalna, fotograficzna i finansowa jednocześnie.
Następnego dnia rano odbywał się słynny flea market w Anjunie – gigantyczny, pulsujący organizm złożony z tysięcy ludzi, straganów, riksz, przypraw, podróbek Ray-Banów, hipisów po pięćdziesiątce i backpackerów przekonanych, że właśnie odnaleźli sens życia za pomocą bębenka djembe.
I właśnie tam wydarzyło się coś, czego do dziś nie potrafię logicznie wyjaśnić.
Kiedy zbliżaliśmy się do parkingu, usłyszałem nagle krzyki:
– Camera! Camera!
Zatrzymaliśmy się momentalnie.
Okazało się, że grupa chłopaków z Bangalore znalazła mój aparat poprzedniego wieczoru na motocyklu. Przeglądnęli zdjęcia i uznali, że skoro rano będzie wielki targ, to spróbują odnaleźć właściciela.
I odnaleźli. W miejscu, gdzie przewijały się tysiące ludzi.
Do dziś pamiętam ich radość. Autentyczną, nieskażoną cynizmem. Przybijali sobie piątki, śmiali się, cieszyli bardziej ode mnie. A przecież mogli ten aparat po prostu zatrzymać. Dla nich był wart fortunę.
To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek odzyskuje odrobinę wiary w innych ludzi.
Ale co ma do tej całej historii to zdjęcie? Bo jakiś związek przecież być musi? Faktycznie, fotografia niewiele ma wspólnego z opowiedzianą wcześniej historią, może jedynie poza faktem, że było to pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem, kiedy odzyskałem swój zgubiony aparat. Chłopiec spał na ziemi gdzieś pomiędzy straganami flea marketu w Anjunie. Leżał pośród śmieci, kurzu i chaotycznego tłumu ludzi kupujących biżuterię, przyprawy, stare płyty winylowe i psychodeliczne koszulki. Spał tak spokojnie, jakby cały ten hałas zupełnie go nie dotyczył.
I właśnie to było najbardziej przejmujące.
Nie dramatyzm sytuacji. Nie bieda. Nie egzotyka.
Spokój.
Ten chłopiec wyglądał, jakby świat nauczył go bardzo wcześnie, że zmęczenie jest ważniejsze niż komfort, a sen ważniejszy niż godność rozumiana według zachodnich standardów klasy średniej.
Zrobiłem jedno zdjęcie.
Tylko jedno.
Fotografia bardzo często balansuje przecież na granicy dokumentu i moralnego dyskomfortu. Szczególnie w takich miejscach. Człowiek nieustannie zadaje sobie pytanie, gdzie kończy się obserwacja, a zaczyna estetyzowanie cudzego cierpienia. I nie mam na to dobrej odpowiedzi.
Wiem jedynie, że tamto zdjęcie do dziś przypomina mi coś bardzo niewygodnego.
Że większość problemów, które na Zachodzie urastają do rangi osobistych tragedii, w rzeczywistości jest jedynie luksusem ludzi żyjących zbyt wygodnie. Spóźniony autobus, brak lajków, niedziałające Wi-Fi czy zbyt ciepłe piwo potrafią skutecznie zepsuć nam dzień, podczas gdy ogromna część świata martwi się o rzeczy znacznie bardziej fundamentalne – jedzenie, bezpieczeństwo, przetrwanie.
I być może właśnie dlatego Indie są tak potrzebne.
Bo odzierają człowieka z iluzji własnej wyjątkowości.
A tamten chłopiec śpiący pośród straganów flea marketu w Anjunie do dziś pozostaje jedną z najbardziej milczących,
a jednocześnie najgłośniejszych fotografii, jakie kiedykolwiek zrobiłem.
India changes your worldview. It’s a cliché repeated by almost everyone who has ever spent more than a week there, but like most clichés, it turns out to be painfully true. It changes your way of thinking, redefines the concept of comfort, pushes the boundaries of perception, and teaches humility with a brutality worthy of a well-executed sociological experiment. It might sound overly high-flown, but you really do return from India a different person. And it’s not just about a fascination with the exoticism, incense, colorful saris, or the spirituality exported to the West today in the form of Instagram wellness-content for the middle class.
India is far more complicated than that.
It is a country of contrasts so radical that the European mind simply stops processing them at times. Here, extreme poverty lives next door to opulence, holiness to the grotesque, and metaphysics to physiology. The smell of spices mixes with the stench of sewage, incense, and burning bodies. On the same street, you can see a modern BMW, a sacred cow chewing on a plastic shopping bag, and a child sleeping on a cardboard box next to a pack of emaciated dogs. Everything at once. Unedited. Unfiltered.
I will never forget stepping out of the Mumbai airport for the first time. A person raised on National Geographic photographs and romanticized notions of the mystical East suddenly gets hit in the face with a reality so intense that, for a moment, you simply don’t know where to look. It was a moment of cognitive short circuit. India turned out to be the exact opposite of the aesthetic postcard sold to the Western tourist.
And that is precisely why it is so important.
Because it strips away the luxury of illusions.
You never truly return from India. Even if you physically board the plane and, a dozen hours later, find yourself eating breakfast again in a sterile European reality, a part of you stays there forever somewhere between the chaos of Mumbai’s streets, the dust of Rajasthan, and the humid air of Goa.
And Goa is a world of its own.
It’s a peculiar enclave, entirely different from the rest of the country. A place that since the late 1960s has drawn hippies, artists, outsiders, and all kinds of nomads trying to find the meaning of life through music, psychoactive substances, and spirituality mixed with permanent jet lag. Villages like Anjuna, Vagator, or Chapora still bear the traces of that era today, though of course, modern commercialization has taken its toll. The spirit of the counterculture has been partially sold packaged with a coconut smoothie and a tie-dye shirt for a few dozen euros.
But despite everything, something still remains there.
I was living in Anjuna at the time and got around almost daily on a motorcycle, because in Goa it is pretty much the only sensible mode of transport. One afternoon, I was returning from the beach after sunset tired, overheated, happy in that specific way a person is happy after a good curry and a few hours of staring at the ocean. I parked the bike in the woods near the beach and started frantically searching for the key, which had somehow vanished into the depths of my backpack. I pulled everything out piece by piece, until I finally unearthed it at the very bottom. I tossed my things back in and drove off.
It wasn’t until I got home that I realized I didn’t have my camera.
Brand new. Bought specifically for this trip. It was maybe two weeks old.
I remember exactly that kind of icy paralysis that sets in when you suddenly realize your own idiotic carelessness. I returned to Anjuna immediately, but of course, the camera was gone. The motorcycle upon which I had left it while unpacking my things from the backpack had also vanished.
I was devastated.
The worst part was that it was only the beginning of the trip. I still had nearly three weeks ahead of me in India and not a single camera. A catastrophe. Existential, photographic, and financial all at once.
The next morning was the famous Anjuna flea market a gigantic, throbbing organism made up of thousands of people, stalls, rickshaws, spices, counterfeit Ray-Bans, hippies in their fifties, and backpackers convinced they had just found the meaning of life through a djembe drum.
And right there, something happened that to this day I cannot logically explain.
As we were approaching the parking area, I suddenly heard shouts: „Camera! Camera!”
We stopped instantly.
It turned out that a group of guys from Bangalore had found my camera on the motorcycle the previous evening. They scrolled through the photos and decided that since there would be a massive market in the morning, they would try to track down the owner.
And they found me.
In a place where thousands of people were streaming past.
To this day, I remember their joy. Genuine, untainted by cynicism. They were high-fiving each other, laughing, happier about it than I was. And yet, they could have simply kept the camera. To them, it was worth a fortune.
It was one of those moments when you regain a bit of faith in humanity.
But what does the photograph have to do with this whole story? Because there must be some connection, right? In truth, the photograph has very little to do with the story I just told, except perhaps for the fact that it was the first picture I took once I got my lost camera back. A boy was sleeping on the ground somewhere between the stalls of the Anjuna flea market. He lay amidst the trash, the dust, and the chaotic crowd of people buying jewelry, spices, old vinyl records, and psychedelic shirts. He slept so peacefully, as if all that noise didn’t concern him at all.
And that was precisely the most poignant part.
Not the drama of the situation. Not the poverty. Not the exoticism.
The peace.
This boy looked as though the world had taught him very early on that exhaustion is more important than comfort, and sleep more important than dignity understood by Western middle-class standards.
I took one picture.
Just one.
Photography very often balances on the border of documentary and moral discomfort, after all. Especially in places like this. You constantly ask yourself where observation ends and the aestheticization of someone else’s suffering begins. And I don’t have a good answer to that.
I only know that to this day, that photograph reminds me of something very uncomfortable.
That most of the problems that escalate to the rank of personal tragedies in the West are, in reality, merely the luxuries of people living too comfortably. A late bus, a lack of likes, non-functioning Wi-Fi, or a beer that’s too warm can successfully ruin our day, while a huge portion of the world worries about things far more fundamental food, safety, survival.
And perhaps that is exactly why India is so necessary.
Because it strips a person of the illusion of their own uniqueness.
And that boy sleeping among the stalls of the Anjuna flea market remains to this day one of the quietest, yet loudest photographs I have ever taken.
