
czasem najtrudniej zrobić najprostsze zdjęcie
To był początek lutego 2017 roku. Dokładnej daty nie pamiętam i prawdę mówiąc, nawet nie mam ochoty jej sprawdzać, mimo że wystarczyłoby kilka sekund, trochę cyfrowej archeologii w Lightroomie i szybki rzut oka na exif. Zawsze miałem jednak wrażenie, że fotografie znacznie lepiej funkcjonują w pamięci niż w katalogach. Dane techniczne potrafią powiedzieć człowiekowi, jakim obiektywem zrobił zdjęcie, ale nie powiedzą już przecież, dlaczego akurat wtedy poczuł coś, co kazało mu nacisnąć spust migawki.
Pamiętam natomiast, że na Śląsku trwały ferie zimowe, a my – moja Kasia i ja – trochę na przekór wszystkim jadącym wtedy w góry, wybraliśmy kierunek północny. Gdańsk zimą wydawał nam się pomysłem egzotycznym niemal na poziomie decyzji o wyjeździe do Islandii w japonkach. Nigdy wcześniej nie widziałem Bałtyku poza sezonem, a wizja plaż pozbawionych parawanowego feudalizmu brzmiała bardziej kusząco niż kolejki do wyciągów i oscypki sprzedawane w temperaturze przypominającej eksperyment laboratoryjny.
Chcieliśmy po prostu odpocząć.
Oczywiście, nasze rozumienie odpoczynku miało niewiele wspólnego z leżeniem pod kocem w hotelowym spa. Bardziej interesowały nas wielokilometrowe spacery, kawa z miejsc, w których bariści traktują przygotowanie flat white z nabożnością godną średniowiecznych skryptoriów, no i włóczenie się po mieście bez konkretnego celu. Zatrzymaliśmy się wtedy w hotelu Almond – miejscu zaskakująco eleganckim jak na ludzi, którzy zwykle wybierają noclegi według klucza „byle było gdzie rzucić plecak”. Hotel był świetny, kuchnia znakomita, a całe to spa, wellness i odnowa biologiczna sprawiały wrażenie rzeczy stworzonych głównie po to, by człowiek miał poczucie, że jego życie jest bardziej uporządkowane, niż jest w rzeczywistości.
Jednak nie o hotelu miało być.
Ostatniego dnia siedzieliśmy jeszcze rano w jednej z kawiarni niedaleko Długiego Targu. Było chłodno, ale słonecznie – ten specyficzny rodzaj zimowego światła, które bardziej wygląda niż grzeje. Kawa smakowała znakomicie, rozmowa płynęła leniwie, a człowiek miał klasyczne złudzenie, że czasu jest jeszcze absurdalnie dużo. Oczywiście, tak nie było.
W pewnym momencie okazało się, że do odjazdu autokaru zostało niewiele ponad kilkanaście minut, a my byliśmy wciąż zdecydowanie za daleko od dworca. Dopiliśmy więc kawę w tempie ludzi gaszących pożar i ruszyliśmy przez miasto szybkim marszem, który po kilku minutach zaczął przypominać mało elegancki jogging z plecakami.
I właśnie wtedy go zobaczyłem.
Stał oparty o ścianę jednej z kamienic. Zaniedbany, nieogolony, z potarganymi włosami i twarzą człowieka, któremu życie od dawna przestało cokolwiek tłumaczyć. W rękach trzymał plastikową reklamówkę, tę charakterystyczną, która w pewnym momencie staje się dla ludzi ulicy substytutem domu. Patrzył gdzieś przed siebie z dziwnym rodzajem obojętności, ale w oczach miał coś zupełnie odwrotnego – smutek tak wyraźny, że niemal fizyczny.
I wtedy pojawiła się ta myśl, dobrze znana chyba każdemu fotografowi ulicznemu:
„To byłby świetny portret”.
Do dziś nie wiem, czy właśnie w tym momencie fotografia nie ociera się o moralną dwuznaczność.
Bo portretowanie ludzi wykluczonych społecznie zawsze balansuje na cienkiej granicy pomiędzy dokumentem a estetyzacją cudzej tragedii. W środowisku fotograficznym dyskutowano o tym od dekad. Jedni twierdzą, że aparat daje głos niewidzialnym. Inni – że zamienia ich cierpienie w wizualny content konsumowany później przy dobrej kawie i odpowiednio nostalgicznej muzyce.
Prawda zapewne, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku.
Musiałem patrzeć na niego chwilę za długo, bo nagle odbił się od ściany i ruszył w moją stronę.
– Panie kierowniku, poratuje Pan złotówką?
To zabawne, jak bardzo ludzka bieda potrafi czasem zachować resztki dawnej elegancji językowej. „Panie kierowniku” zabrzmiało niemal ceremonialnie.
– Dam ci dwadzieścia, ale mam prośbę. Mogę zrobić ci portret?
Spojrzał na mnie uważnie, jakby próbował ocenić, czy jestem wariatem, artystą, czy może jednym i drugim jednocześnie.
– Jasne.
I tyle.
Cała reszta wydarzyła się szybko. Wyciąganie aparatu, zmiana obiektywu na portretówkę, nerwowe ustawianie parametrów ekspozycji i coraz bardziej zirytowane spojrzenie Kasi, która doskonale wiedziała, że za chwilę zaczniemy testować wytrzymałość układu nerwowego kierowcy naszego autokaru.
Rozmawialiśmy może kilka minut. Powiedział, że ma na imię Benek. Że był ćpunem. Że od ponad dwóch dekad żyje na ulicy. Nie wiem, ile w tym było prawdy. Ulica bardzo często produkuje własne biografie – częściowo prawdziwe, częściowo zmyślone, częściowo służące zwykłemu przetrwaniu.
Ale jego oczy były prawdziwe.
To pamiętam najlepiej.
Nie było w nich agresji, pretensji ani nawet szczególnej nadziei. Raczej zmęczenie człowieka, który dawno przestał oczekiwać od świata czegokolwiek sensownego. Fotografując go, miałem nieprzyjemne poczucie, że aparat działa trochę jak narzędzie ekstrakcji emocji. Że zabieram coś bardzo intymnego w zamian za banknot i kilka minut rozmowy.
I może właśnie dlatego do dziś nie wiem, czy postąpiłem wtedy właściwie.
Technicznie zdjęcie wyszło dobrze. Nawet bardzo dobrze. Światło było miękkie, twarz niezwykle fotogeniczna, faktura skóry i zmarszczki budowały fantastyczną plastykę obrazu. Wszystko zgadzało się formalnie.
A jednak ilekroć patrzę na ten portret, najmniej interesuje mnie fotografia.
Najbardziej interesuje mnie pytanie, którego wtedy nie zadałem:
co właściwie stało się z Benkiem później?
Bo fotografia ma niestety tę okrutną właściwość, że zatrzymuje ludzi w jednej chwili,
podczas gdy ich życie toczy się dalej – często znacznie mniej efektownie niż sam obraz.
It was the beginning of February 2017. I don’t remember the exact date and, to be honest, I don’t even feel like checking, even though it would only take a few seconds of digital archaeology in Lightroom and a quick glance at the EXIF data. I’ve always felt, however, that photographs function much better in memory than in catalogs. Technical data can tell you what lens you used to take a picture, but it won’t tell you why, at that exact moment, you felt something that made you press the shutter release.
What I do remember is that it was winter break in Silesia, and we – my Kasia and I – decided to head north, somewhat to spite everyone heading to the mountains at the time. Gdańsk in winter felt like an exotic idea, almost on par with deciding to go to Iceland in flip-flops. I had never seen the Baltic Sea off-season before, and the vision of beaches stripped of their typical windbreak-feudalism sounded far more tempting than ski lift queues and smoked oscypek cheese sold at temperatures resembling a laboratory experiment.
We just wanted to rest.
Of course, our understanding of resting had little to do with lying under a blanket in a hotel spa. We were more interested in walking for miles, getting coffee from places where baristas treat the preparation of a flat white with a reverence worthy of medieval scriptoriums, and wandering around the city with no particular destination. We stayed at the Hotel Almond back then a place surprisingly elegant for people who usually choose accommodation based on the criterion of „as long as there’s a place to drop a backpack.” The hotel was great, the kitchen excellent, and the whole spa, wellness, and biological regeneration setup felt like things created primarily to give you the sense that your life is more orderly than it actually is.
But this wasn’t supposed to be about the hotel.
On the last morning, we were sitting in a café near Długi Targ (the Long Market). It was chilly but sunny that specific kind of winter light that looks better than it actually warms. The coffee tasted superb, the conversation flowed lazily, and one had that classic illusion of having an absurdly large amount of time left. Of course, we didn’t.
At one point, it turned out that we had barely over a dozen minutes left before our coach departed, and we were still definitively too far from the station. So, we downed our coffee at the pace of people putting out a fire and set off through the city at a brisk march, which after a few minutes began to resemble a rather ungraceful jogging session with backpacks.
And that was exactly when I saw him.
He was leaning against the wall of one of the tenement houses. Neglected, unshaven, with disheveled hair and the face of a man to whom life had long stopped explaining anything. In his hands, he held a plastic shopping bag the characteristic kind that, at some point, becomes a substitute for a home for people of the street. He was staring somewhere ahead with a strange sort of indifference, but in his eyes was the exact opposite: a sadness so distinct it was almost physical.
And then that thought appeared, well-known to probably every street photographer: „That would make a great portrait.”
To this day, I don’t know if photography doesn’t border on moral ambiguity at moments like this.
Because portraying socially excluded people always balances on a thin line between documentary and the aestheticization of someone else’s tragedy. This has been debated in the photographic community for decades. Some argue that the camera gives a voice to the invisible. Others claim that it turns their suffering into visual content to be consumed later over a good cup of coffee and appropriately nostalgic music.
The truth, as usual, likely lies somewhere in the middle.
I must have been staring at him a moment too long, because he suddenly pushed himself off the wall and started walking toward me. „Excuse me, boss, could you spare a zloty?”
It’s funny how human poverty can sometimes retain remnants of past linguistic elegance. „Boss” (panie kierowniku) sounded almost ceremonial. „I’ll give you twenty, but I have a request. Can I take your portrait?”
He looked at me intently, as if trying to assess whether I was a madman, an artist, or perhaps both at the same time. „Sure.” And that was it.
Everything else happened quickly. Pulling out the camera, changing the lens to a portrait prime, nervously setting the exposure parameters, and receiving an increasingly irritated look from Kasia, who knew perfectly well that we were about to test the nervous system of our coach driver.
We talked for maybe a few minutes. He said his name was Benek. That he used to be a junkie. That he had been living on the street for over two decades. I don’t know how much of that was true. The street very often manufactures its own biographies partly true, partly invented, partly serving mere survival.
But his eyes were real. That is what I remember best.
There was no aggression in them, no resentment, not even any particular hope. Rather, the exhaustion of a man who had long stopped expecting anything meaningful from the world. Photographing him, I had an uncomfortable feeling that the camera acts a bit like a tool for emotional extraction. That I was taking something very intimate in exchange for a banknote and a few minutes of conversation.
And maybe that’s why, to this day, I don’t know if I did the right thing.
Technically, the picture came out well. Very well, even. The light was soft, the face incredibly photogenic, and the texture of the skin and wrinkles built a fantastic visual plasticity. Formally, everything came together.
Yet, whenever I look at this portrait, the last thing that interests me is the photography itself. What interests me most is the question I didn’t ask back then: what actually happened to Benek later?
Because photography, unfortunately, has that cruel property of freezing people in a single moment, while their lives keep moving forward often far less spectacularly than the image itself.
