
Alfama – kompozycja chwilowa
Ta historia miała miejsce w Portugalii, a dokładniej w stolicy tego kraju, Lizbonie, którą szczerze pokochałem. Od zawsze Półwysep Iberyjski, który znajduje się w południowo-zachodniej części Europy, uznawałem za jedno z moich miejsc na ziemi i to właściwie pod każdym względem. Wizyty zarówno w Hiszpanii jak i Portugalii zawsze były dla mnie wyjątkowe, pod względem fotograficznym również, ale mam tu też na myśli kulturę, kuchnię, którą szczerze uwielbiam, panujący tam klimat, mentalność ludzi, zapach kawy o poranku w ulicznych kafejkach…, ech mógłbym tak długo. W 2018 roku dostałem szansę pomieszkania w Lizbonie przez cały miesiąc, a tym samym poznania tego magicznego miasta od podszewki – dotarcia do miejsc, o których trudno czytać w przewodnikach turystycznych i po prostu, bez ciśnienia tam pobyć. Skorzystałem. Lizbona podzielona jest (jak chyba większość dużych miast) na dzielnice, na pewno każdemu, kto miał okazję kiedyś być w tym mieście, obiły się o uszy chociażby: Baixa, Chiado, Mouraria, czy jej najstarsza dzielnica, oflankowana mauretańskimi murami obronnymi – Alfama. Ma ona niezwykły urok. To tam, wśród krętych jak w Medynie, wąskich uliczek, życie toczy się swoim (nie ma co ukrywać) wolnym biegiem. Dzielnica ta należy do bardzo biednych i choć jest to wizytówka Lizbony, nie ma ona przesadnie wymuskanego, bardzo turystycznego charakteru, co moim zdaniem tylko dodaje jej uroku. Często bywałem w tej właśnie dzielnicy i myślę, że nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że należy do moich ulubionych, a poranną kawę w jednej z wielu przytulnych i urokliwych kafejek, których jest tam bez liku, z sentymentem wspominam do dziś.
Pewnego razu, zupełnie przypadkiem trafiłem tam na coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem, a mianowicie na Feirra da Ladra. To odbywający się tam w każdy wtorek i sobotę bazar staroci, który głównie ze względu na swoją historię nazywany jest słynnym Targiem Złodziei. Nazwa rynku – Targ Złodziei – przywodzi na myśl wątpliwą sławę pierwotnej renomy lokalizacji, jak również fakt, że kiedyś dokonywano tu różnych szemranych transakcji, a samo miejsce lepiej było omijać szerokim łukiem. Oczywiście, dziś miejsce to jest całkowicie bezpieczne, co przekłada się na ogromne zainteresowanie, a w konsekwencji spory tłum ludzi przechadzających się miedzy rozłożonymi na ulicy szpargałami. Piszę szpargałami, ponieważ trudno mi znaleźć odpowiednią nazwę na te wszystkie rzeczy, które można tam kupić, bo właściwie trafić można nawet na rzeczy, których zastosowanie ciężko mi sensownie wytłumaczyć. Można dostać tam podróbki dzieł sztuki (widziałem nawet obraz „Pracownia artysty” Claude Monet’a, który zawsze mi się podobał), płytki ceramiczne azulejos, wątpliwej jakości biżuterię, ceramikę, płyty winylowe, antyki, rękodzieło, tekstylia, książki, zabawki, a nawet starą pralkę typu Frania, czy zapchany zlew – wszystko! Miejsce ma naprawdę osobliwy, swoisty klimat, którego trudno szukać gdzie indziej, a pikantnego smaku dodaje jeszcze ciągnąca się za tym miejscem historia, która mnie bardzo intryguje.
Oczywiście, jak to na każdym targu, jeśli chcemy trafić na jakieś „perełki”, to zdecydowanie warto wybrać się tam wcześnie rano, zanim towar nie zostanie przebrany. A, jako że targ zaczyna się już o godzinie 6.00, to pobudka powinna mieć miejsce zaraz o świcie. Ja, na szczęście, nie musiałem się spieszyć, bo jedyne, na co liczyłem, to jakieś kadry, które uda mi się tam ustrzelić, dlatego na miejscu pojawiłem się dopiero po godzinie 9.00. Było tłoczno, ale w sobotę zawsze jest więcej ludzi niż we wtorek, a do tego była całkiem niezła pogoda, jak na marzec, który raczej obfituje w rzęsiste opady deszczu, co tym bardziej zachęciło ludzi do wyjścia z domów. Wypiłem dobrą kawę, poszwendałem się trochę między stoiskami, zjadłem nawet kilka pasteis de nata, które podobno pochodziły z Belem, potem posiedziałem trochę na ławce i przesłuchałem po raz kolejny albumu Source, jednego z moich ulubionych wykonawców, Sync24 – lubię, kiedy muzyka idealnie zgrywa się z tym, co akurat widzę, a dźwięki serwowane przez Phila Bollanda, czyli połowę duetu Carbon Based Lifoforms, w wirtuozerski wręcz sposób zgrywały się z ludźmi, którzy próbowali odnaleźć coś na stoiskach. Zrobiłem tego dnia kilka zdjęć, które raczej zaliczyć można do zdjęć reporterskich – no, może niektóre nawet do street photography, ale wiedziałem, że nie zrobiłem wtedy jeszcze tego jednego, jedynego zdjęcia, które dawałoby mi satysfakcję i które mógłbym nazwać zdjęciem, po jakie tam przyszedłem. Wtedy też zobaczyłem pewnego gościa ubranego na czarno, opierającego się o piękną, żółtą ścianę, co stanowiło fantastyczny kontrast. Gość był najpewniej kucharzem w jednej z wielu restauracji znajdujących się w pobliżu targu i korzystając z przerwy, wyszedł sobie na papieroska. Miał na głowie duży, czarny turban, jedną nogą opierał się o mur, a jego wzrok skierowany był właśnie w stronę Targu Złodziei. Wyglądało to trochę jak scena przeniesiona z XII/XIII wieku, kiedy to targ ten nie był jedynie atrakcją dla turystów, tylko handlowano tu wtedy towarami wątpliwego pochodzenia. To będzie to zdjęcie, pomyślałem i nie zastanawiając się długo, wycelowałem i nacisnąłem spust migawki. Tak właśnie powstało to zdjęcie i mimo że, podobnie jak i w wielu poprzednich historiach, które opisywałem, zdjęcie powstało całkiem przypadkowo i pewnie nawet szczególnie nie zachwyca, to dla mnie zawsze będzie kojarzyło się z tym jedynym w swoim rodzaju miejscem, do którego żywię ogromny sentyment.
23 lutego 2018 roku, godzina 14.49.
This story took place in Portugal, more specifically in its capital, Lisbon, a city I have genuinely fallen in love with. I have always considered the Iberian Peninsula, located in the southwestern part of Europe, to be one of my places on Earth and that goes for pretty much every aspect. Visits to both Spain and Portugal have always been special to me, photographically speaking of course, but I also mean the culture, the cuisine which I absolutely adore, the climate, the people’s mentality, the smell of morning coffee in the street cafés… oh, I could go on and on. In 2018, I got the chance to live in Lisbon for an entire month, and thus to get to know this magical city inside out, to reach places you will hardly ever read about in tourist guidebooks, and to simply exist there without any rush. I took it.
Lisbon is divided (like most big cities, I suppose) into neighborhoods. Surely anyone who has ever visited this city has heard of at least a few: Baixa, Chiado, Mouraria, or its oldest district, flanked by Moorish defensive walls Alfama. It possesses an extraordinary charm. It is there, among narrow streets winding like a Medina, that life moves at its own let’s be honest slow pace. This neighborhood is quite poor, and even though it is a flagship postcard of Lisbon, it doesn’t have an overly polished, highly commercial tourist character, which in my opinion only adds to its allure. I frequented this district often, and I think it’s no exaggeration to say it is one of my favorites; to this day, I look back with sentiment on having morning coffee in one of the countless cozy and charming cafés scattered all over the place.
On one occasion, quite by accident, I stumbled upon something I had never seen before: the Feira da Ladra. Held every Tuesday and Saturday, it is a flea market that, mainly due to its history, is famously known as the Thieves’ Market. The name itself brings to mind the dubious reputation of the location’s origins, as well as the fact that various shady transactions used to take place here, and the area itself was best avoided at all costs. Naturally, today the place is completely safe, which translates into immense interest and, consequently, a sizable crowd of people strolling between the knick-knacks spread out on the street. I say knick-knacks because it’s hard for me to find a fitting name for all the things you can buy there; in fact, you can come across items whose purpose I would struggle to explain logically. You can find counterfeit artwork (I even saw Claude Monet’s The Artist’s Studio, which I’ve always liked), azulejos ceramic tiles, jewelry of questionable quality, pottery, vinyl records, antiques, handicrafts, textiles, books, toys, and even an old-fashioned vintage washing machine or a clogged sink everything! The place has a truly peculiar, unique vibe that is hard to find anywhere else, and the history trailing behind it adds a spicy flavor that intrigues me deeply.
Of course, as with any market, if you want to find some „gems,” it is definitely worth going there early in the morning before the goods are picked over. And since the market starts as early as 6:00 AM, the wake-up call should be right at dawn. Fortunately, I didn’t have to rush, because the only thing I was hoping for were some frames I might manage to snap there, so I didn’t show up on-site until after 9:00 AM. It was crowded, but Saturday is always busier than Tuesday. On top of that, the weather was quite decent for March, a month rather known for heavy downpours, which encouraged people all the more to leave their homes. I drank a good coffee, wandered around the stalls for a bit, and even ate a few pastéis de nata, which supposedly came from Belém. Afterward, I sat on a bench for a while and listened once again to the album Source by one of my favorite artists, Sync24. I like it when music aligns perfectly with what I am currently seeing, and the sounds served up by Phil Bolland one half of the duo Carbon Based Lifeforms blended in an almost masterful way with the people trying to unearth something at the stalls.
I took a few photos that day that could be classified more as reportage well, maybe some even as street photography but I knew I hadn’t yet taken that one single shot that would give me true satisfaction, the one I could call the photo I had come there for. That was when I saw a guy dressed in black, leaning against a beautiful yellow wall, creating a fantastic contrast. The guy was most likely a cook at one of the many restaurants located near the market and, taking advantage of a break, had stepped out for a cigarette. He had a large black turban on his head, one leg resting against the wall, and his gaze was directed precisely toward the Thieves’ Market. It looked a bit like a scene transported from the 12th or 13th century, back when this market wasn’t just a tourist attraction, but a place where goods of questionable origin were traded. This will be the shot, I thought, and without a second thought, I aimed and pressed the shutter release.
That is exactly how this photo came to be. And even though much like in many of the previous stories I’ve described the picture was taken entirely by chance and probably isn’t particularly breathtaking, to me it will always be associated with that one-of-a-kind place for which I hold an immense sentiment.
February 23, 2018, 2:49 PM.
