chwila, która wydarzyła się dokładnie raz

Nie jest tajemnicą, że właściwie każde lato wiąże się dla mnie również z wyprawą na letni festiwal i nigdy nawet za bardzo nie zastanawiałem się, dlaczego tak właśnie jest, ale wiem za to, że lato bez zaliczenia przynajmniej jednego festiwalu to nie lato. To długowieczna tradycja, sięgająca już prawie dwóch dekad i mimo że zmienia się niemal wszystko – ludzie, miejsca, intensywność imprezowania, a nawet sam sposób przeżywania takich wydarzeń – pozostaje pewien wspólny mianownik, trudny do opisania bez popadania w pretensjonalną metafizykę. Kiedyś jeździłem tam wyłącznie z przyjaciółmi, dziś coraz częściej z córką, która prawdopodobnie jeszcze długo nie zrozumie, dlaczego jej ojciec z taką nabożnością traktuje kilka dni spędzonych pośród muzyki, pyłu i ludzi ubranych tak, jakby właśnie uciekli z alternatywnej wersji antropologicznego atlasu kultur świata.

Nie będę jednak po raz kolejny rozwodził się nad samym fenomenem festiwali. Pisałem już o tym wielokrotnie – o tej osobliwej wspólnotowości, o ludziach spotykanych przypadkiem, o czasie płynącym według zupełnie innych zasad niż w codziennym życiu. Tym razem chodzi o coś znacznie bardziej konkretnego. O miejsce, które mimo upływu lat nadal pozostaje dla mnie absolutnym numerem jeden.

Ozora Festival.

W tym jednym słowie zawiera się cały osobny mikrokosmos i każdy, kto choć raz tam był, prawdopodobnie uśmiechnie się teraz porozumiewawczo. Reszta najpewniej wzruszy ramionami i uzna, że chodzi po prostu o kolejny festiwal muzyczny. I trudno im się dziwić. Z zewnątrz Ozora rzeczywiście wygląda jak zbiorowe szaleństwo ludzi dobrowolnie wystawiających własny organizm na ekstremalne temperatury, permanentny niedobór snu i kilkudniową ekspozycję na psytrance o częstotliwości zdolnej prawdopodobnie wpłynąć na tektonikę płyt kontynentalnych.

A jednak nigdzie indziej nie wracałem tak często.

Byłem na festiwalach w Polsce, Portugalii, Grecji, Rumunii, Czechach, Słowacji, zdarzyło mi się nawet imprezować w Indiach, ale tylko Ozora miała w sobie tę trudną do zdefiniowania właściwość miejsca, które bardziej się przeżywa niż odwiedza. Ile razy tam byłem? Pięć? Sześć? Nie mam pojęcia. I właściwie nie ma to większego znaczenia. Liczy się jedynie fakt, że ciągle chciało się wracać.

Zdjęcie powstało podczas edycji w 2016 roku.

Scena główna festiwalu znajduje się w niewielkiej dolinie otoczonej wzgórzami, które z perspektywy mapy wyglądają całkowicie niegroźnie. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek próbuje wspiąć się na nie w trzydziestostopniowym upale, po kilku dniach funkcjonowania na diecie składającej się głównie z owoców, kawy i festiwalowego chaosu metabolicznego. Mimo to właśnie tam najczęściej siadali ludzie. Na górkach. Z dala od tłumu, choć jednocześnie w samym jego centrum.

To był wieczór — ten najlepszy moment dnia, kiedy temperatura wreszcie przestaje przypominać eksperyment z zakresu termodynamiki stosowanej, a światło mięknie do tego stopnia, że nawet najbardziej zmęczony fotograf odzyskuje chwilową wiarę w sens noszenia aparatu przez kilkanaście godzin.

Siedzieliśmy wtedy na jednym ze wzgórz, słuchając seta Shane Gobi. I był to dokładnie ten rodzaj chwili, który po latach wraca w pamięci nie jako konkretne wspomnienie, lecz raczej jako emocjonalny flashback – pozbawiony chronologii, ale absurdalnie intensywny.

Przed nami siedziała grupka ludzi. Rozmawiali, śmiali się, palili papierosy, popijali coś z plastikowych kubków. Mieli piękny, kolorowy bambusowy parasol wyglądający jak rekwizyt wyciągnięty z taniego kina drogi klasy B, ale w tamtym miejscu działał idealnie. Część osób nadal okrywała się chustami, mimo że słońce dawno straciło swoją południową brutalność. Wszyscy siedzieli twarzami zwróconymi w stronę sceny i właśnie to było największym problemem fotograficznym. Zdjęcie bez twarzy bardzo często pozostaje wyłącznie dokumentacją sytuacji. A mnie interesował człowiek.

Postanowiłem więc poczekać.

Czekanie w fotografii eventowej jest zresztą kompetencją niedocenianą. Większość ludzi myśli, że fotografowanie koncertów czy festiwali polega na obsesyjnym naciskaniu spustu migawki. Tymczasem najważniejsza bywa właśnie cierpliwość – umiejętność przewidywania mikrogestów i krótkich momentów destabilizacji codziennych póz.

Opłaciło się.

W pewnym momencie dziewczyna o azjatyckich rysach twarzy odwróciła lekko głowę, by zaciągnąć się papierosem. Dosłownie na sekundę. I właśnie wtedy nacisnąłem spust migawki.

Tak, wiem – obciąłem parasol, który robił tam fenomenalną robotę kompozycyjną. Tak, wiem – linia horyzontu ucieka tak bardzo, że każdy purysta fotograficzny prawdopodobnie poczuł właśnie delikatny ból egzystencjalny. Mógłbym to wszystko poprawić w Photoshopie w czasie krótszym niż zagotowanie wody na kawę. Ale nie chciałem.

Bo to zdjęcie jest dla mnie bardziej wspomnieniem niż projektem graficznym.

Co ciekawe, mimo że niemal wszystkie festiwalowe fotografie robię w kolorze – i uważam, że przerabianie festiwali na black & white bywa momentami estetyczną profanacją wobec tej eksplozji barw – tutaj od początku wiedziałem, że zdjęcie musi być monochromatyczne. Kolor tylko by przeszkadzał. Czerń i biel zostawiły dokładnie to, co najważniejsze: światło, dym, spojrzenie i ten trudny do nazwania rodzaj ciszy istniejącej czasem pośród tysięcy ludzi.

Czy to zdjęcie jest wybitne? Absolutnie nie mam pojęcia. Być może nawet nie jest szczególnie dobre. Ale fotografia bardzo rzadko działa dla mnie w kategoriach technicznej doskonałości. Znacznie bardziej interesuje mnie jej zdolność do przechowywania emocji.

A ta konkretna fotografia przechowuje ich absurdalnie dużo.

Za każdym razem, gdy na nią patrzę, wracam na tę górkę nad mainem. Znowu słyszę muzykę Shane’a Gobi, znowu czuję wieczorne powietrze po całym dniu upału i znowu mam wrażenie, że przez krótką chwilę świat był dokładnie tam, gdzie powinien.



It is no secret that virtually every summer for me involves a trip to a summer festival. I have never really spent too much time overthinking why that is, but what I do know is that a summer without hitting at least one festival is no summer at all. It is a long-standing tradition stretching back nearly two decades, and even though almost everything changes the people, the venues, the partying intensity, and even the very way of experiencing such events there remains a certain common denominator that is hard to describe without falling into pretentious metaphysics. I used to go there exclusively with friends; nowadays, I more and more often go with my daughter, who likely won’t understand for a long time why her father treats a few days spent among music, dust, and people dressed as if they had just escaped an alternative version of an anthropological world culture atlas with such reverence.

I am not going to dwell on the festival phenomenon itself yet again, though. I have written about it many times before about that peculiar sense of community, about the people met by chance, about time flowing according to completely different rules than in everyday life. This time, it is about something much more specific. About a place that, despite the passing years, remains my absolute number one.

Ozora Festival.

A whole separate microcosm is contained within that single word, and anyone who has been there even once will probably crack a knowing smile right about now. The rest will most likely shrug their shoulders and assume it is just another music festival. And you can hardly blame them. From the outside, Ozora does indeed look like the collective madness of people voluntarily exposing their bodies to extreme temperatures, permanent sleep deprivation, and days of exposure to psytrance at a frequency probably capable of affecting continental plate tectonics.

And yet, there is nowhere else I have returned to so often.

I have been to festivals in Poland, Portugal, Greece, Romania, the Czech Republic, Slovakia, and I even happened to party in India, but only Ozora possessed that hard-to-define quality of a place that is experienced rather than merely visited. How many times have I been there? Five? Six? I have no idea. And honestly, it doesn’t really matter. The only thing that counts is the fact that I kept wanting to go back.

The photograph was taken during the 2016 edition.

The festival’s main stage is located in a small valley surrounded by hills which, from a map’s perspective, look completely harmless. The problem only starts when you try to climb them in thirty-degree heat, after several days of functioning on a diet consisting mostly of fruit, coffee, and festival-induced metabolic chaos. Despite this, that was precisely where people sat most often. On the hills. Away from the crowd, yet simultaneously right at the very center of it.

It was evening that best moment of the day when the temperature finally stops feeling like an experiment in applied thermodynamics, and the light softens to such an extent that even the most exhausted photographer momentarily regains faith in the sanity of lugging a camera around for over a dozen hours.

We were sitting on one of the hills back then, listening to Shane Gobi’s set. And it was exactly the kind of moment that, years later, flashes back not as a concrete memory, but rather as an emotional flashback devoid of chronology, yet absurdly intense.

A small group of people was sitting in front of us. They were talking, laughing, smoking cigarettes, sipping drinks from plastic cups. They had a beautiful, colorful bamboo umbrella that looked like a prop pulled straight out of a cheap B-movie road film, but in that setting, it worked perfectly. Some people were still wrapping themselves in shawls, even though the sun had long lost its midday brutality. Everyone was sitting with their faces turned toward the stage, and that was exactly the biggest photographic problem. A photo without faces very often remains nothing more than a documentation of a situation. And I was interested in the human being.

So, I decided to wait.

Waiting in event photography is, after all, an underrated skill. Most people think that photographing concerts or festivals is about obsessively pressing the shutter release. Meanwhile, the most important thing is often patience the ability to anticipate micro-gestures and brief moments when everyday poses become destabilized.

It paid off.

At one point, a girl with Asian features turned her head slightly to take a drag from her cigarette. For literally a second. And right then, I pressed the shutter.

Yes, I know I cropped out the umbrella, which was doing a phenomenal job compositionally. Yes, I know the horizon line slopes so heavily that any photographic purist probably just felt a mild pang of existential dread. I could fix all of that in Photoshop in less time than it takes to boil water for coffee. But I didn’t want to.

Because to me, this photo is a memory rather than a graphic design project.

Interestingly, even though I take almost all my festival photographs in color and I believe that turning festivals into black and white can at times be an aesthetic profanation of that explosion of colors here, I knew from the start that the image had to be monochrome. Color would only get in the way. Black and white left exactly what mattered most: the light, the smoke, the gaze, and that hard-to-name kind of silence that sometimes exists in the midst of thousands of people.

Is this a brilliant photograph? I have absolutely no idea. Perhaps it isn’t even particularly good. But for me, photography very rarely operates in categories of technical perfection. I am far more interested in its ability to store emotions.

And this specific photograph stores an absurdly large amount of them.

Every time I look at it, I am transported back to that hill overlooking the main stage. I can hear Shane Gobi’s music again, I can feel the evening air after a full day of scorching heat, and once more, I get the impression that for a brief moment, the world was exactly where it was supposed to be.