Historia Pewnej Fotografii #22

Historia pewnej fotografii to coś zupełnie nowego – to seria, która będzie ukazywała się na moim blogu mimo, że raczej nieregularnie, to jednak systematycznie. Jako że wiele moich zdjęć oprócz tego, że są dla mnie czymś, co śmiało mogę określić sztuką obserwacji, sposobem na kształtowanie ludzkiej percepcji, zatrzymaniem pewnego momentu w czasie i chwytaniem przemijającej chwili, która była prawdziwa, to niosą one także za sobą pewną historię, która znana jest tylko mi, bo tylko ja znam okoliczności, w jakich to zdjęcie powstało, jakie były kulisy pracy nad nim, a przede wszystkim, na czym polega ich wyjątkowość i właśnie tę historię będę starał się przedstawić słowem pisanym, bo, jak wiadomo, fotografia potrafi nieźle współgrać z tekstem. Fotografia, w moim odczuciu, nie jest związana jedynie ze zmysłem wzroku, czyli patrzeniem, ale przede wszystkim powinna mieć wpływ na odczuwanie, emocje i jeżeli nie czujesz nic, fotografując, nigdy nie sprawisz, że inni, którzy oglądają Twoje zdjęcia, cokolwiek poczują…

To już dwudziesta druga odsłona cyklu „Historia Pewnej Fotografii” i tym razem pozwalam sobie na ton wyraźnie bardziej sentymentalny. Nie z kokieterii, lecz z potrzeby uważniejszego przyjrzenia się temu, co w fotografii bywa zwykle spychane na margines: drobnym gestom, spojrzeniom i sytuacjom pozornie nieistotnym. Zdjęcie, o którym dziś piszę, powstało w chwili lekkiego zawieszenia – gdy obserwacja zaczyna dominować nad działaniem, a aparat staje się nie tyle narzędziem rejestracji, co pretekstem do wejścia w cudzą codzienność.

O patrzeniu i byciu widzianym

Street photography rzadko bywa elegancka. Częściej przypomina grę nerwów, w której fotograf balansuje między ciekawością a bezczelnością, między chęcią opowiedzenia historii a lękiem przed tym, że ktoś tę historię przerwie jednym, krótkim spojrzeniem. Timisoara okazała się pod tym względem miastem wdzięcznym, choć niekoniecznie łatwym. To jedno z tych miejsc, gdzie czas nie tyle się zatrzymał, co raczej zapętlił, krążąc wokół tych samych gestów, ławek i parkowych alejek.

Zdjęcie, o którym mowa, powstawało długo. Nie w sensie technicznym, lecz mentalnym. Miałem podpiętą stałkę o dość szerokim kącie, co w praktyce oznaczało jedno: musiałem podejść bardzo blisko. Zbyt blisko, jak na komfort własny i cudzy. Street photo bywa w tym sensie sztuką kompromitującą fotografa bardziej niż fotografowanych. Rozwiązanie było proste, choć moralnie wątpliwe: udawałem, że fotografuję gołębie. To stara metoda, niemal archetypiczna, balansująca na granicy niewinnej maskarady i drobnego performansu.

Żabia perspektywa nie była więc wyborem estetycznym, lecz konsekwencją tej strategii. Aparat nisko, wzrok jeszcze niżej, cała uwaga rzekomo skupiona na ptactwie miejskim, które zresztą w kadrze faktycznie się znalazło. I to dosłownie – z widocznym tyłem jednego z gołębi, którego celowo nie usunąłem. Ten detal działa jak rysa na porcelanie: drażni, ale jednocześnie nadaje całości wiarygodności. W fotografii ulicznej sterylność bywa grzechem ciężkim.

Na ławce siedziała para starszych ludzi. On – w okularach, skarpetkach i sandałach, zestawie tak konsekwentnym, że niemal manifestacyjnym. Ona – z fryzurą, którą trudno byłoby uznać za przypadkową i z wyrazem twarzy, w którym mieszały się politowanie, ironia i subtelny dystans do świata. Oboje patrzyli na mnie. I to spojrzenie jest jednym z najważniejszych elementów tego zdjęcia. Nie ma tu zaskoczenia, nie ma nieświadomości. Jest cicha umowa: „wiemy, co robisz, ale pozwolimy ci to zrobić”.

Nie jest to najlepsze zdjęcie, jakie wykonałem w życiu. Kadr jest przeładowany, tło chaotyczne, kompozycja daleka od akademickiej harmonii. A jednak fotografia działa. Działa właśnie dlatego, że nie aspiruje do perfekcji. Jest zapisem sytuacji, nie ilustracją tezy. To difference between a picture and a moment, jeśli pozwolić sobie na jedno angielskie uproszczenie.

Od strony stricte fotograficznej to kadr, który więcej zawdzięcza intuicji niż kalkulacji. Niska perspektywa nie tyle buduje dramaturgię, co obnaża sytuację: fotografa przyczajonego, niemal podejrzanego i bohaterów, którzy doskonale zdają sobie sprawę z bycia obserwowanymi. Czerń i biel nie porządkuje świata, lecz go upraszcza, redukując kontekst do gestów, spojrzeń i faktur. Timisoara traci tu swoją lokalność, stając się jedynie tłem dla relacji, która mogłaby wydarzyć się w każdym mieście o podobnym tempie starzenia się czasu.

To fotografia o drobnych oszustwach: tych technicznych – jak udawanie polowania na gołębie i tych narracyjnych – jak przekonanie, że street photo jest czystą rejestracją rzeczywistości. W istocie, to zawsze interpretacja, zawsze wybór, zawsze ingerencja. Nawet jeśli ingerencją jest pozostawienie w kadrze ptasiego zadu.

I może właśnie dlatego lubię to zdjęcie. Przypomina mi, że fotografia uliczna nie polega na łapaniu ideałów, lecz na akceptacji niedoskonałości. A czasem wystarczy para starszych ludzi na ławce, jeden gołąb za dużo i fotograf, który na chwilę zgodził się wyglądać nieco głupio, żeby powstała historia warta opowiedzenia.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze