Historia Pewnej Fotografii #21

Historia pewnej fotografii to coś zupełnie nowego – to seria, która będzie ukazywała się na moim blogu mimo, że raczej nieregularnie, to jednak systematycznie. Jako że wiele moich zdjęć oprócz tego, że są dla mnie czymś, co śmiało mogę określić sztuką obserwacji, sposobem na kształtowanie ludzkiej percepcji, zatrzymaniem pewnego momentu w czasie i chwytaniem przemijającej chwili, która była prawdziwa, to niosą one także za sobą pewną historię, która znana jest tylko mi, bo tylko ja znam okoliczności, w jakich to zdjęcie powstało, jakie były kulisy pracy nad nim, a przede wszystkim, na czym polega ich wyjątkowość i właśnie tę historię będę starał się przedstawić słowem pisanym, bo, jak wiadomo, fotografia potrafi nieźle współgrać z tekstem. Fotografia, w moim odczuciu, nie jest związana jedynie ze zmysłem wzroku, czyli patrzeniem, ale przede wszystkim powinna mieć wpływ na odczuwanie, emocje i jeżeli nie czujesz nic, fotografując, nigdy nie sprawisz, że inni, którzy oglądają Twoje zdjęcia, cokolwiek poczują…

To już dwudziesta pierwsza odsłona cyklu „Historia Pewnej Fotografii” i przyznam, że tym razem będzie nieco bardziej sentymentalnie niż zwykle. Nie przez przypadek: końcówka lata zawsze niesie w sobie ładunek melancholii, a ostatnie dni wakacji smakują jak dojrzałe owoce – intensywnie, lecz krótkotrwale. Fotografia, o której dziś opowiem, powstała właśnie w takim momencie, gdy czas zdaje się rozciągać między beztroską a nieuchronnością, a zachodzące słońce nad Odrą przypomina, że każda podróż, także ta wakacyjna, musi w końcu znaleźć swój finał.

Lato zatrzymane w kadrze

Są takie wieczory, które zdają się być utkane z nici czystej poezji, a jednocześnie podszyte nutą prozaiczności – mieszanką, w której banalny spacer przeistacza się w widowisko na miarę antycznego spektaklu. Tak właśnie było tamtej nocy w Opolu, gdy końcówka wakacji rozświetlała się ostatnimi westchnieniami letniego żaru. Niebo nad Odrą przybrało kolor płynnego bursztynu, przechodzącego w karmin, jakby ktoś rozlał farby impresjonisty wprost na firmament. Światło gasło, ale jeszcze się broniło, ostatnimi siłami akcentując sylwetki drzew i kreski architektury w tle.

Byłem wtedy na biwaku swoim campervanem, w stanie błogiej półczujności, z książką otwartą na kolanach. Lektura powoli ustępowała dźwiękom dobiegającym z jakiegoś oddalonego głośnika – powtarzającej się niczym zaklęcie frazie utworu Taco Hemingwaya. To „twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji” brzmiało wtedy jak soundtrack całej sceny: nieco ironiczny, nieco zbyt dosłowny, a jednocześnie tak absurdalnie trafny, że trudno było powstrzymać uśmiech.

I właśnie wtedy – na linii horyzontu, gdzie wał rysował się cienką kreską między rzeką a niebem – pojawiła się sylwetka. Samotna postać, która w tamtym momencie zdawała się iść w stronę zachodzącego słońca. Był w jej kroku jakiś rodzaj spokojnego fatalizmu, coś z antycznego posłańca niosącego wieść, której nigdy się nie dowiemy. Od razu zrozumiałem, że to właśnie ona nadaje całej scenerii sens i dramaturgię. Bez niej kadr byłby tylko ładnym pejzażem – poprawnym, ale pozbawionym życia, jak fotografia katalogowa z banku zdjęć.

Aparat miałem pod ręką – to nawyk graniczący z obsesją. Sięgnąłem po niego instynktownie, niemal odruchowo, jak muzyk sięga po instrument, gdy w głowie pojawia się motyw. Migawka zatrzasnęła się raz, potem drugi. W tej sekundzie sceneria zamieniła się w narrację, światło w opowieść, a przypadkowy przechodzień w bohatera. Z pozoru nic się nie wydarzyło, a jednak powstał obraz, który dla mnie stał się rodzajem wizualnego palimpsestu – zapisem końca lata, początku jesieni i tego efemerycznego momentu, gdy czas staje na ułamek sekundy.

Patrząc na tę fotografię dziś, widzę w niej nie tylko dokumentację miejsca, lecz także metaforę ludzkiej kondycji. Przechodniów na wałach Odry jest przecież setki, ale tamta postać stała się reprezentantem wszystkich, którzy próbują odnaleźć siebie w przejściowej aurze zmierzchu. W kadrze uchwycone zostało coś więcej niż estetyka – uchwycone zostało „pomiędzy”.

Nie mogę jednak pominąć jednej kwestii: fotografia, choć deklaruje prawdę, bywa w istocie zręcznym oszustwem. Każdy kadr to pozorny wybór – tego, co wchodzi do ramy i tego, co zostaje poza nią. Tamtego wieczoru wokół było dużo więcej: ktoś smażył kiełbaski na grillu, dzieci biegały za piłką, a z pobliskiej ścieżki rowerowej dochodził dźwięk dzwonków. Kiedy jednak patrzymy na moje zdjęcie, widzimy wyłącznie ciszę, majestat i samotność. To fotografia, jak każda inna, kreuje iluzję – wycinając kawałek świata i udając, że właśnie on jest całym światem.

I może właśnie w tym tkwi jej siła. Nie w prawdzie, lecz w przekłamaniu, które staje się prawdziwsze od rzeczywistości. Bo przecież pamiętamy nie to, co było obiektywne, lecz to, co zostało zapisane w kadrze, w głowie, w emocji. A tamten wieczór nad Odrą zapamiętam zawsze przez pryzmat jednej sylwetki na tle zachodzącego słońca i dźwięku utworu, który pachniał końcem wakacji.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze