Historia Pewnej Fotografii #20

Historia pewnej fotografii to coś zupełnie nowego – to seria, która będzie ukazywała się na moim blogu mimo, że raczej nieregularnie, to jednak systematycznie. Jako że wiele moich zdjęć oprócz tego, że są dla mnie czymś, co śmiało mogę określić sztuką obserwacji, sposobem na kształtowanie ludzkiej percepcji, zatrzymaniem pewnego momentu w czasie i chwytaniem przemijającej chwili, która była prawdziwa, to niosą one także za sobą pewną historię, która znana jest tylko mi, bo tylko ja znam okoliczności, w jakich to zdjęcie powstało, jakie były kulisy pracy nad nim, a przede wszystkim, na czym polega ich wyjątkowość i właśnie tę historię będę starał się przedstawić słowem pisanym, bo, jak wiadomo, fotografia potrafi nieźle współgrać z tekstem. Fotografia, w moim odczuciu, nie jest związana jedynie ze zmysłem wzroku, czyli patrzeniem, ale przede wszystkim powinna mieć wpływ na odczuwanie, emocje i jeżeli nie czujesz nic, fotografując, nigdy nie sprawisz, że inni, którzy oglądają Twoje zdjęcia, cokolwiek poczują…

20! Sam prawie w to nie wierzę, ale to już 20-sta historia, która dopisana jest do zdjęcia, które być może bez słowa pisanego nigdy nie miałoby dla mnie takiego wydźwięku.

Lux in tenebris (czyli ogień, który oświetlał więcej niż twarz)

Nieczęsto się zdarza, by jedno zdjęcie – zrobione w ferworze pracy, w środku nocy, na festiwalu, który mógłby posłużyć jako tło do antropologicznej rozprawy o neoplemiennych rytuałach współczesnej młodzieży Zachodu – przebiło się przez filtr zawodowego automatyzmu i pozostawiło ślad głębszy niż pikselowa struktura RAW-a. A jednak: w 2018 roku, na węgierskim festiwalu Samsara, wydarzyło się coś, co można by określić mianem epifanii wizualnej.

Byłem tam on assignment – z akredytacją na szyi, aparatem w ręku i standardowym zestawem oczekiwań, jakie towarzyszą pseudoprofesjonaliście delegowanemu do dokumentowania imprezy oscylującej między transem a rekonstrukcją pradawnych misteriów eleuzyńskich. Innymi słowy: wiedziałem, co mnie czeka. Nie pierwszy raz zanurzałem się w tę psychodeliczną miksturę dźwięku, światła i transowej wspólnotowości. Festiwale tego rodzaju mają swoje reguły, swoją ikonografię i rytuały – od ognistych pokazów po medytacje przy dźwiękach mis tybetańskich. A jednak, nawet w tym dobrze znanym uniwersum można natrafić na coś, co wyłamuje się ze schematu – jak ona.

Nie pytajcie mnie o jej imię. Pojawiła się nagle, ex nihilo, jak zjawa wywołana z mroków prelogicznej pamięci zbiorowej. Miała w ręku zapaloną pochodnię – nie tę sceniczną, plastikową atrakcję z hipermarketu, ale prawdziwą, płonącą ogniem o barwie pomarańczy i miedzi. Klęczała nieruchomo, z twarzą skierowaną ku czemuś, co zdawało się leżeć poza zasięgiem czystej percepcji – jakby kontemplowała ogień nie jako zjawisko fizyczne, lecz jako symbol, jako archetyp, jako mitologiczną figurę przejścia.

Zrobiłem to zdjęcie niemal odruchowo – bez ustawiania światła, bez korekcji balansu bieli, bez czujnika, który sygnalizuje „idealną” ekspozycję. I być może właśnie dlatego ono działa. Bo uchwyciło coś nieuchwytnego: iluminację.

Jej twarz, oświetlona wyłącznie blaskiem pochodni, przypominała mi średniowieczne przedstawienia świętych w chwilach objawienia – tyle że zamiast złotego nimbu, była tu drgająca aureola płomienia, zamiast sakralnego gestu – skupienie godne mistrzyni fire performance, ale pozbawione ostentacji. Wszystko w tej jednej klatce – światło, cień, opuszczone ku ziemi oczy, wewnętrzne napięcie – złożyło się na coś, co w języku fotografii określa się czasem mianem decisive moment. Decydujący moment. Tyle że ten był bardziej numinotyczny niż reportażowy.

Dlaczego to zdjęcie do dziś noszę w głowie, podczas gdy inne – technicznie bardziej udane, bardziej „komercyjne” – zniknęły w niepamięci dysków twardych? Może dlatego, że uosabia ono pewien paradoks: że fotografia, choć powstała z potrzeby dokumentacji, potrafi czasem nie tyle „złapać chwilę”, co przywołać coś, co nigdy nie należało do czasu. Coś pierwotnego. Coś, co rezonuje nie z teraźniejszością, ale z czymś znacznie starszym niż ja sam.

Samsara – w sanskrycie: cykl narodzin i śmierci – okazała się nie tylko nazwą festiwalu, lecz także metaforą tego zdjęcia. Zatrzymany ogień, uchwycona twarz, niemożliwa cisza wśród hałasu – to wszystko stworzyło kadr, który nie chce umrzeć.

I nawet jeśli dziś opowiadam tę historię z nutą ironii i dystansu, w głębi duszy wiem, że tamtej nocy, na pustkowiu pod Cegléd, spotkałem coś rzadkiego: prawdę nie do opowiedzenia, ale do sfotografowania.

A to, w dzisiejszym świecie contentu, jest już prawie mistyka.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
4 Komentarze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
plucik

Jubileuszowa „Historia Pewnej Fotografii” po prostu musiała być nie z tej ziemi. Jestem chyba najwierniejszym fanem tego cyklu. (Zaznaczam chyba). I każda fotografia zamieszczona jest dla mnie wspaniałą historią. Choć ta, krótsza, ale tematyka misteriów, rytuałów jest mi bliska. Zdjęcie jest magiczne, pisząc magiczne mam na myśli czystą magię ,która przedstawiona jest podczas obrzędu na tym zdjęciu. Piszę to jako zwykły obserwator nie znający się na tajnikach fotografii. Obraz zaklina i nie chce od niego by odwrócić wzrok. Pełna magia uchwycona, gdzieś na polanie w głębi lasu, w środku nocy… i myślę, że Wyłoniła się z niczego, dlatego to zdjęcie zasługuje na „Jubileuszowe”.

Marion

Dziękuję 🙂
Zawsze największy problem mam z tym, które zdjęcie powinienem wybrać, i zawsze, gdy już jakieś wybiorę, zastanawiam się, czy przypadkiem nie powinienem był wybrać innego.
Twój komentarz tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że chyba jednak podjąłem dobrą decyzję. Dzięki! 🙂

Monique

Zgadzam się z przedmówcą, też lubię ten cykl. Same zdjęcia potrafią nieźle namieszać w głowie i wywołać różne emocje, ale jeśli dodajemy do tego słowo pisane powstaje twór niemalże doskonały. Cieszę się, że w dobie szybkich informacji, tiktoka i lajków nadal chce Ci się pisać. Czytam regularnie.

Natalia

Co za tekst! Wpadłam poczytać o Uroczysku, a siedzę już którąś godzinę