⇞Aksjomat Przestrzeni i Światła⇞
Co dwumiesięczny cykl, który pokazuje mój świat widziany przez wizjer aparatu fotograficznego, a którego konsekwencją są powstałe eseje fotograficzne. Bywają niebanalne, zaskakujące, podobno nawet czasami zmuszające do myślenia, ale też i luźne, bez „artystycznej’ spiny i ciśnienia, choć nie ukrywam, że zawsze moją ambicją jest ukazanie najzwyklejszych momentów życia jako sztuki. Inspirację czerpię z różnych form sztuki – malarstwa, filmu, książek, które zawsze kreują pewien obraz przestrzeni w mojej głowie, który później staram się przenieść na zdjęcie, bo fotografia służy mi do przekazywania mojej filozofii życia. Oczywiście, czasem będą to truistyczne, niewyszukane wizje, bo trudno sfotografować kubek z poranną kawą tak, aby powstało z tego dzieło sztuki. I mimo że uważam, że w obecnym świecie skupia się zbyt dużą uwagę na inklinacje technologiczne, kosztem walorów estetycznych, czego przykładem jest Internet, który zalany jest idealnie oświetlonymi, wyostrzonymi jak żyleta fotografiami, które oglądamy i nawet jeśli chwilowo budzą zachwyt, szybko ulatują z naszej głowy i nigdy potem nie wracamy do nich myślami – co raczej mi się nie podoba i uważam to za nieporozumienie, to jednak w tym cyklu też raczej na wielki przewrót nie ma co liczyć, ale jeśli jakieś zdjęcie utkwi Wam w pamięci, albo wzbudzi jakieś emocje, to będę mile zaskoczony. Chodzi tu raczej o wcielenie w życie szeroko pojętej ideologii: “making ideas happen” i na tym właśnie chcę się skupić. Zamieszczone zdjęcia wykonane były zawsze w miesiącu, któremu poświęcony jest dany cykl, i pokazują co (nie)ciekawego wydarzyło się u mnie w czasie tego miesiąca, a nie załapało na osobny post: imprezy, koncerty, spotkania, sesje, ludzie, portrety, zwierzęta, przedmioty, kawa, a może i tosty francuskie, ale przede wszystkim codzienność, może momentami nudna, może schematyczna, ale prawdziwa, bo codzienność nie zawsze bywa ekscytująca.
Maj i czerwiec pod lupą: fotogeniczna absencja i hortikulturowy renesans
Bywają w kalendarzu fotografa takie miesiące, w których migawka milczy dłużej, niż by wypadało. Nie z lenistwa, nie z braku inspiracji, lecz z winy pogody, która w maju 2025 roku postanowiła rozegrać swój najbardziej dekadencki performance ostatnich lat.
Meteorologiczna degrengolada
Po meteorologicznym rozpasaniu marca i kwietnia – niemal hedonistycznie ciepłych, słonecznych i wręcz nieprzyzwoicie fotogenicznych – maj nadszedł z korygującym ruchem atmosferycznej pałki. Temperatury, które niepokojąco zbliżały się do zera w nocy, nieprzerwane pasma opadów i niekończące się, szarobure niebo skutecznie spacyfikowały wszelkie plany plenerowe. Według danych IMGW, był to najzimniejszy maj od przynajmniej dekady, a może i dłużej. Fotografia krajobrazowa zamieniła się w meteorologiczną ruletkę, z przewagą przegranych losów.
Hortus conclusus: terapia w ogrodzie
Ostatecznie, zamiast fotografować zjawiska atmosferyczne, postanowiłem wpisać się w rytm przyziemnych procesów biologicznych. Ogród stał się areną nie tyle eskapizmu, co autentycznego zaangażowania. Spulchnianie gleby, przerywanie marchwi, cięcie wiśni i sadzenie dyni okazały się rytuałem oczyszczenia. Fotograficzny zoom został zastąpiony przez mikroskopię codzienności. Praca fizyczna zyskała walor medytacyjny, a efekt – mierzony nie liczbą wyświetleń, lecz jakością plonów – był zaskakująco satysfakcjonujący.
Rowerowy prequel sezonu biwakowego
Choć sezon biwakowy rozpoczał się dopiero w czerwcu, z opóźnieniem bardziej symbolicznym niż realnym, maj okazał się znakomitym czasem na eksplorację lokalnych szlaków rowerowych. Pogoda, jakkolwiek kapryśna, miała swoje prześwity. A ja, w akcie pogodowego oportunizmu, wsiadałem na rower z determinacją przypominającą bardziej couriera z metropolii niż flâneura z przedmieścia.
Dystanse nie były rekordowe, ale gęstość doznań poznawczych skutecznie kompensowała brak epickiej skali. Odkryłem kilka tras, które – przy sprzyjającym świetle – mogą stanowić doskonałe tło dla przyszłych sesji fotograficznych. W notatniku pojawiło się kilka gwiazdek i strzałek z napisem: „tu wrócić w złotej godzinie”.
Wielki Fistach budzi się z letargu
Dopiero czerwiec pozwolił wybudzić Wielkiego Fistacha (czyli naszego wysłużonego campervana) z zimowego marazmu. Pierwszy trip, jeszcze nie epicki, ale zdecydowanie terapeutyczny, wprowadził mnie z powrotem w rytm biwakowej codzienności: poranna kawa w metalowym kubku, odgłosy lasu, i to charakterystyczne uczucie, że budzisz się w miejscu, którego dzień wcześniej nie znałeś.
Jeszcze bez spektakularnych pejzaży, ale z obietnicą sezonu, który dopiero się rozpędza. Fistach gotowy, ja gotowy, pogoda – mam nadzieję – też.
Fotografia – pauza czy przecinek?
Nie da się ukryć, że w ostatnich tygodniach fotografii było mniej. Zdjęcia pojawiały się na blogu i Instagramie bardziej z archiwum niż z bieżących eskapad. Ale każdy sezon ma swoje tempo. Może to był przecinek, nie kropka. Może pauza na oddech, nie koniec zdania. Estetyczna hibernacja, po której powrót do aktywności będzie jeszcze bardziej wyrazisty.
Na marginesie
To był czas, kiedy bardziej byłem ogrodnikiem niż fotografem, bardziej rowerzystą niż podróżnikiem. Ale przecież podróż zaczyna się nie od wyjazdu, ale od zmiany perspektywy. A tej w ostatnich dwóch miesiącach nie brakowało. Co się odwlecze, to nie uciecze – a obiektyw już czeka, przetarty z kurzu, gotowy na kolejne opowieści pisane światłem.
Stay tuned, bo lipiec zapowiada się jako rekompensata za całe niedopowiedzenie wiosny.
Peace!

















































