⇞Aksjomat Przestrzeni i Światła⇞
Co dwumiesięczny cykl, który pokazuje mój świat widziany przez wizjer aparatu fotograficznego, a którego konsekwencją są powstałe eseje fotograficzne. Bywają niebanalne, zaskakujące, podobno nawet czasami zmuszające do myślenia, ale też i luźne, bez „artystycznej’ spiny i ciśnienia, choć nie ukrywam, że zawsze moją ambicją jest ukazanie najzwyklejszych momentów życia jako sztuki. Inspirację czerpię z różnych form sztuki – malarstwa, filmu, książek, które zawsze kreują pewien obraz przestrzeni w mojej głowie, który później staram się przenieść na zdjęcie, bo fotografia służy mi do przekazywania mojej filozofii życia. Oczywiście, czasem będą to truistyczne, niewyszukane wizje, bo trudno sfotografować kubek z poranną kawą tak, aby powstało z tego dzieło sztuki. I mimo że uważam, że w obecnym świecie skupia się zbyt dużą uwagę na inklinacje technologiczne, kosztem walorów estetycznych, czego przykładem jest Internet, który zalany jest idealnie oświetlonymi, wyostrzonymi jak żyleta fotografiami, które oglądamy i nawet jeśli chwilowo budzą zachwyt, szybko ulatują z naszej głowy i nigdy potem nie wracamy do nich myślami – co raczej mi się nie podoba i uważam to za nieporozumienie, to jednak w tym cyklu też raczej na wielki przewrót nie ma co liczyć, ale jeśli jakieś zdjęcie utkwi Wam w pamięci, albo wzbudzi jakieś emocje, to będę mile zaskoczony. Chodzi tu raczej o wcielenie w życie szeroko pojętej ideologii: “making ideas happen” i na tym właśnie chcę się skupić. Zamieszczone zdjęcia wykonane były zawsze w miesiącu, któremu poświęcony jest dany cykl, i pokazują co (nie)ciekawego wydarzyło się u mnie w czasie tego miesiąca, a nie załapało na osobny post: imprezy, koncerty, spotkania, sesje, ludzie, portrety, zwierzęta, przedmioty, kawa, a może i tosty francuskie, ale przede wszystkim codzienność, może momentami nudna, może schematyczna, ale prawdziwa, bo codzienność nie zawsze bywa ekscytująca.
Istnieje pewien moment w roku, który wymyka się kalendarzowej precyzji, a jednocześnie daje się rozpoznać niemal somatycznie – jak subtelne przesunięcie akcentu w symfonii. Marzec i kwiecień stanowią właśnie taki interwał: liminalny próg między inercją zimy, a kinetyką wiosny. Dni zaczynają się niepostrzeżenie wydłużać, noc ustępuje pola, a światło – to najważniejsze tworzywo fotografa – odzyskuje swoją dawną, niemal barokową plastyczność.
Nie będę udawał: fotografia zimowa, choć bywa majestatyczna, pozostaje dla mnie ćwiczeniem z cierpliwości, a nie z pasji. Monochromatyzm pejzażu, ograniczona dynamika tonalna i swoista asceza formy wymagają dyscypliny, którą owszem, szanuję, lecz rzadko celebruję. Tymczasem wiosna wprowadza do kadru elementy, które działają jak dobrze skomponowany kontrapunkt: organiczną nieregularność, chromatyczną dywersyfikację i światło o miękkiej, rozproszonej jakości.
To właśnie w tych dwóch miesiącach aparat fotograficzny przestaje być narzędziem dokumentacji, a staje się medium interpretacji. Światło o poranku ma jeszcze chłodny, niemal skandynawski charakter, by po południu przejść w cieplejsze, bardziej śródziemnomorskie rejestry. Z kolei wieczory, dłuższe, bardziej elastyczne, pozwalają na świadome operowanie tzw. golden hour, która nie kończy się nagle, lecz rozciąga jak dobrze napisany esej.
Budząca się do życia przyroda dostarcza tematów, które – przyznaję bez kokieterii – są mi bliższe niż zimowe abstrakcje. Pąki drzew, jeszcze nieśmiałe, ale już pełne obietnicy; pierwsze liście o niemal fluorescencyjnej zieleni; wilgotna ziemia odbijająca światło jak nie do końca wypolerowane lustro. To wszystko tworzy swoistą topografię sensów, którą fotograf może eksplorować niemal bez końca. Warto przy tym pamiętać o jednej rzeczy: wiosna nie wybacza nadmiaru. Zbyt agresywna obróbka, przesadna saturacja czy nieprzemyślana kompozycja szybko zamieniają subtelność w wizualny banał. Less is more – truizm, który w tym okresie nabiera szczególnej aktualności.
Na tym tle szczególnie wyraźnie rysuje się moja wizyta w Atenach, mieście, które zdaje się funkcjonować poza linearnym czasem. Tam przeszłość nie jest rekonstruowana, lecz trwa w stanie permanentnej obecności. Spacerując ulicami, ma się wrażenie, że antyk i współczesność prowadzą nieustanny dialog, którego nie sposób rozstrzygnąć.
Ateny oferują fotografowi coś więcej niż tylko spektakularne zabytki. Owszem, monumentalność architektury działa na wyobraźnię, ale to nie ona stanowi o sile tego miejsca. Prawdziwe bogactwo kryje się w detalach: w fakturze kamienia, który pamięta więcej niż niejeden podręcznik historii; w cieniu rzucanym przez kolumnę o idealnych proporcjach; w kontraście między surowością marmuru, a organicznością miejskiej zieleni.
Nie sposób też pominąć aspektu kulinarnego, który choć pozornie marginalny, ma bezpośredni wpływ na percepcję przestrzeni. Dobre jedzenie nie tylko poprawia nastrój, ale też wyostrza uwagę. W Atenach doświadcza się tego niemal na każdym kroku: świeże produkty, proste kompozycje smakowe, brak zbędnego ornamentu. A mandarynki? Rosną tam na drzewach jak najbardziej oczywista oczywistość, wprowadzając do miejskiego krajobrazu element lekko surrealistyczny. Fotografując je, miałem wrażenie, że uczestniczę w czymś pomiędzy reportażem a snem.
Z perspektywy warsztatowej Ateny uczą jednej rzeczy: pokory wobec światła. Śródziemnomorskie słońce jest bezlitosne, ostre, kontrastowe, często zbyt intensywne dla matrycy aparatu. Wymaga to nie tylko technicznej precyzji, ale też umiejętności selekcji. Czasem lepiej odpuścić zdjęcie niż walczyć z warunkami, które nie sprzyjają narracji. Fotografia, wbrew pozorom, nie jest sportem wytrzymałościowym.
Powrót do Polski i pierwsze trasy rowerowe stanowiły swoiste domknięcie tego dwumiesięcznego rozdziału. Pustynia Błędowska, miejsce o ambiwalentnym statusie ontologicznym, znów znalazła się na mojej trasie. Z jednej strony to anomalia krajobrazowa, z drugiej – przestrzeń o niemal metafizycznym charakterze. Piasek, światło i wiatr tworzą tam układ, który wymyka się prostym klasyfikacjom.
Rower pozwala na doświadczenie przestrzeni w tempie, które jest wystarczająco szybkie, by objąć większy obszar, i jednocześnie na tyle wolne, by dostrzec detale. To swoisty slow travel w wersji dynamicznej, oksymoron, który jednak działa.
Fotograficznie Pustynia Błędowska to gra minimalizmu i skali. Horyzont zdaje się oddalać, perspektywa ulega spłaszczeniu, a człowiek, jeśli pojawi się w kadrze, staje się jedynie punktem odniesienia. To doskonałe miejsce, by ćwiczyć kompozycję opartą na redukcji: eliminacji wszystkiego, co zbędne i pozostawieniu tego, co konieczne.
Marzec i kwiecień okazały się więc czasem intensywnej rekalibracji, zarówno na poziomie estetycznym, jak i poznawczym. Wiosna przywróciła światłu jego należne miejsce, Ateny przypomniały o ciągłości kultury, a pierwsze trasy rowerowe pozwoliły na ponowne zakorzenienie w lokalnym krajobrazie.
Jeśli miałbym sformułować aksjomat na te dwa miesiące, brzmiałby on następująco: fotografia zaczyna się tam, gdzie kończy się oczywistość. A światło, choć fizycznie mierzalne, pozostaje zjawiskiem, które każdorazowo trzeba odkrywać na nowo.
Peace!






































