Aksjomat Przestrzeni i Światła #Jul/Aug’26

Co dwumiesięczny cykl, który pokazuje mój świat widziany przez wizjer aparatu fotograficznego, a którego konsekwencją są powstałe eseje fotograficzne. Bywają niebanalne, zaskakujące, podobno nawet czasami zmuszające do myślenia, ale też i luźne, bez „artystycznej’ spiny i ciśnienia, choć nie ukrywam, że zawsze moją ambicją jest ukazanie najzwyklejszych momentów życia jako sztuki. Inspirację czerpię z różnych form sztuki – malarstwa, filmu, książek, które zawsze kreują pewien obraz przestrzeni w mojej głowie, który później staram się przenieść na zdjęcie, bo fotografia służy mi do przekazywania mojej filozofii życia. Oczywiście, czasem będą to truistyczne, niewyszukane wizje, bo trudno sfotografować kubek z poranną kawą tak, aby powstało z tego dzieło sztuki. I mimo że uważam, że w obecnym świecie skupia się zbyt dużą uwagę na inklinacje technologiczne, kosztem walorów estetycznych, czego przykładem jest Internet, który zalany jest idealnie oświetlonymi, wyostrzonymi jak żyleta fotografiami, które oglądamy i nawet jeśli chwilowo budzą zachwyt, szybko ulatują z naszej głowy i nigdy potem nie wracamy do nich myślami – co raczej mi się nie podoba i uważam to za nieporozumienie, to jednak w tym cyklu też raczej na wielki przewrót nie ma co liczyć, ale jeśli jakieś zdjęcie utkwi Wam w pamięci, albo wzbudzi jakieś emocje, to będę mile zaskoczony. Chodzi tu raczej o wcielenie w życie szeroko pojętej ideologii: “making ideas happen” i na tym właśnie chcę się skupić. Zamieszczone zdjęcia wykonane były zawsze w miesiącu, któremu poświęcony jest dany cykl, i pokazują co (nie)ciekawego wydarzyło się u mnie w czasie tego miesiąca, a nie załapało na osobny post: imprezy, koncerty, spotkania, sesje, ludzie, portrety, zwierzęta, przedmioty, kawa, a może i tosty francuskie, ale przede wszystkim codzienność, może momentami nudna, może schematyczna, ale prawdziwa, bo codzienność nie zawsze bywa ekscytująca.

Są dwa miesiące w roku, na które czekam zdecydowanie zbyt długo. Mają w sobie coś z obietnicy, której człowiek składa sobie co roku i której, mimo upływu czasu, wciąż chce wierzyć. To oczywiście lipiec i sierpień. Wakacje. Najpiękniejszy czas w roku, przynajmniej dla tych, którzy nie muszą akurat w sierpniu kłaść nowego dachu.

Lato jest dla mnie przede wszystkim ruchem. Trudno usiedzieć w miejscu, kiedy dzień zaczyna się wcześnie, kończy późno, a światło przez większą część doby zachowuje się tak, jakby ktoś przypadkiem zostawił włączony studyjny reflektor. Campervan rusza więc częściej niż zwykle, rower kręci kilometry, a aparat właściwie nie zdąża wrócić do torby. I choć po kilku tygodniach człowiek zaczyna podejrzewać, że jego organizm składa się już głównie z kofeiny, kurzu i elektrolitów, trudno narzekać.

Były tysiące kilometrów przejechanych na dwóch kołach. Drogi znane i zupełnie przypadkowe, leśne dukty, asfaltowe serpentyny, polne ścieżki i te wszystkie miejsca, do których samochodem prawdopodobnie nigdy bym nie dotarł. Rower ma tę cudowną właściwość, że pozwala podróżować wystarczająco szybko, by zobaczyć kawałek świata, i wystarczająco wolno, by ten świat jeszcze zauważyć.

A zauważać było co.

Lato jest fotograficznie bezczelne. Światło pojawia się wszędzie i robi rzeczy, za które zimą fotograf dałby się pokroić. Przemyka między drzewami, odbija się od tafli wody, rozlewa po górskich zboczach, przeciska przez okna campervana. O poranku jest miękkie i niemal eteryczne, wieczorem nabiera barwy starego bursztynu. Czasem wystarczy zatrzymać rower, odwrócić się i zrobić jedno zdjęcie. Bez konceptu, bez wielkiej narracji, bez trzydziestu minut ustawiania kadru. Po prostu: jest światło, jest chwila, naciskam spust.

I może właśnie dlatego najbardziej lubię fotografować latem.

Były góry, gdzie przestrzeń nabiera innej skali, i morze, które jak zwykle udowadnia człowiekowi, że jego wszystkie życiowe problemy są jednak stosunkowo małe. Były poranki pachnące kawą wypitą przed campervanem, popołudnia spędzone na rowerze i wieczory, które zdawały się nie mieć żadnego obowiązku kończyć się o rozsądnej porze.

No właśnie, wieczory.

Długie, leniwe, trochę bezczelne. Takie, podczas których można siedzieć gdzieś na trawie, słuchać muzyki, rozmawiać o rzeczach ważnych i zupełnie nieistotnych, a potem zorientować się, że jest wpół do jedenastej i nadal jest jasno. To jeden z tych drobnych luksusów, których nie doceniamy wystarczająco mocno, dopóki nagle nie zacznie zmierzchać o szesnastej.

Był też festiwal, czyli miejsce, w którym człowiek przez kilka dni dobrowolnie rezygnuje ze snu, higieny i orientacji w czasie, w zamian otrzymując muzykę, ludzi i poczucie, że życie może być jednak całkiem dobrze zaprojektowanym eksperymentem.

A potem przychodzi koniec sierpnia.

I nagle wszystko zaczyna się kurczyć. Wieczory są krótsze. Światło mniej łaskawe. Poranki chłodniejsze. Campervan stoi przez chwilę bezczynnie, rower odpoczywa, a aparat czeka na kolejne historie.

Tylko fotografie zostają.

I może właśnie dlatego lubię ten fotograficzny bilans lata. Nie chodzi w nim wyłącznie o miejsca, które odwiedziłem, liczbę przejechanych kilometrów czy kolejne punkty na mapie. Chodzi o momenty. O światło na twarzy. Cień rzucany przez drzewo. Drogę, którą wybrałem bez powodu. Wieczór, który trwał dłużej, niż powinien. O wszystkie te drobne epizody, które w chwili ich przeżywania wydają się zupełnie zwyczajne, a kilka miesięcy później stają się małą kapsułą czasu.

Bo fotografia ma tę osobliwą właściwość: potrafi ocalić coś, czego wcale nie planowaliśmy zapamiętać.

I chyba właśnie za to najbardziej lubię lato.

Za to, że zanim zdążę je sfotografować, najpierw każe mi je przeżyć.

Peace!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze