Aksjomat Przestrzeni i Światła #Jan/Feb’26

⇞Aksjomat Przestrzeni i Światła⇞
Co dwumiesięczny cykl, który pokazuje mój świat widziany przez wizjer aparatu fotograficznego, a którego konsekwencją są powstałe eseje fotograficzne. Bywają niebanalne, zaskakujące, podobno nawet czasami zmuszające do myślenia, ale też i luźne, bez „artystycznej’ spiny i ciśnienia, choć nie ukrywam, że zawsze moją ambicją jest ukazanie najzwyklejszych momentów życia jako sztuki. Inspirację czerpię z różnych form sztuki – malarstwa, filmu, książek, które zawsze kreują pewien obraz przestrzeni w mojej głowie, który później staram się przenieść na zdjęcie, bo fotografia służy mi do przekazywania mojej filozofii życia. Oczywiście, czasem będą to truistyczne, niewyszukane wizje, bo trudno sfotografować kubek z poranną kawą tak, aby powstało z tego dzieło sztuki. I mimo że uważam, że w obecnym świecie skupia się zbyt dużą uwagę na inklinacje technologiczne, kosztem walorów estetycznych, czego przykładem jest Internet, który zalany jest idealnie oświetlonymi, wyostrzonymi jak żyleta fotografiami, które oglądamy i nawet jeśli chwilowo budzą zachwyt, szybko ulatują z naszej głowy i nigdy potem nie wracamy do nich myślami – co raczej mi się nie podoba i uważam to za nieporozumienie, to jednak w tym cyklu też raczej na wielki przewrót nie ma co liczyć, ale jeśli jakieś zdjęcie utkwi Wam w pamięci, albo wzbudzi jakieś emocje, to będę mile zaskoczony. Chodzi tu raczej o wcielenie w życie szeroko pojętej ideologii: “making ideas happen” i na tym właśnie chcę się skupić. Zamieszczone zdjęcia wykonane były zawsze w miesiącu, któremu poświęcony jest dany cykl, i pokazują co (nie)ciekawego wydarzyło się u mnie w czasie tego miesiąca, a nie załapało na osobny post: imprezy, koncerty, spotkania, sesje, ludzie, portrety, zwierzęta, przedmioty, kawa, a może i tosty francuskie, ale przede wszystkim codzienność, może momentami nudna, może schematyczna, ale prawdziwa, bo codzienność nie zawsze bywa ekscytująca.

Styczeń – luty: fenomenologia zimy

Istnieją w kalendarzu fotografa takie momenty, które – choć teoretycznie powtarzalne – nabierają znamion niemal epifanicznego doświadczenia. Tegoroczny styczeń i luty były właśnie takim fenomenem. Zima powróciła w swojej niemal archetypicznej postaci, z długotrwałym śniegiem, skrzypiącym mrozem i światłem, które zdaje się filtrować rzeczywistość przez subtelną, półprzezroczystą membranę. Statystycznie rzecz ujmując, podobnej konfiguracji meteorologicznej nie obserwowaliśmy od szesnastu lat. Przez niemal cały miesiąc krajobraz pozostawał konsekwentnie biały, co w polskich realiach klimatycznych ostatniej dekady brzmi niemal jak anomalia.

Dla fotografa jest to jednak anomalia w sensie wyłącznie pozytywnym. Śnieg działa bowiem jak gigantyczny reflektor o wysokim współczynniku albedo. Odbija światło, rozprasza je i łagodzi kontrasty, tworząc warunki oświetleniowe, które w języku optyki można by określić mianem niemal laboratoryjnych. Fotografia zimowa bywa przez niektórych traktowana jako ascetyczna, wręcz minimalistyczna. Tymczasem w rzeczywistości jest ona raczej studium subtelności, dialogiem między światłem a przestrzenią, który ujawnia struktury krajobrazu niewidoczne w innych porach roku.

Zimą krajobraz ulega swoistej redukcji formalnej. Kolor znika niemal całkowicie, a kompozycja zaczyna opierać się przede wszystkim na geometrii i relacjach tonalnych. Drzewa stają się graficznymi znakami na białej kartce, ślady na śniegu przypominają kaligrafię pozostawioną przez przypadkowego przechodnia, a horyzont, zwłaszcza w dni o dużej wilgotności powietrza przybiera niemal impresjonistyczny charakter. Fotograf zaczyna myśleć nie tyle kategoriami pejzażu, ile raczej kategoriami struktury.

W praktyce oznacza to jedno: zimą warto fotografować więcej, a nie mniej. Paradoksalnie bowiem niskie temperatury sprzyjają klarowności obrazu. Powietrze jest przejrzyste, wilgotność często niższa, a światło szczególnie w godzinach porannych przybiera chłodną, krystaliczną barwę, którą trudno uzyskać w innych porach roku. Dla wielu fotografów jest to wręcz sezon high definition, w którym każdy detal krajobrazu zostaje wyostrzony niczym w dobrze skalibrowanym obiektywie.

Oczywiście zima nie jest jedynie kategorią estetyczną. To także, co tu dużo mówić, czas aktywności fizycznej. Tegoroczne miesiące przyniosły nam wyjątkowo dużo okazji do jazdy na nartach. I choć fotografia oraz narciarstwo mogłyby wydawać się dyscyplinami z różnych porządków egzystencjalnych, w rzeczywistości łączy je więcej, niż mogłoby się wydawać. W obu przypadkach chodzi przecież o umiejętność czytania przestrzeni. Narciarz analizuje nachylenie stoku i strukturę śniegu, fotograf układ światła i geometrię krajobrazu. Jedni i drudzy, jeśli chcą uniknąć spektakularnej katastrofy, powinni zachować elementarną czujność.

Nie jest przypadkiem, że wiele zimowych zdjęć powstaje właśnie podczas takich spontanicznych przerw między kolejnymi zjazdami. Aparat wyciągnięty z plecaka, kilka sekund na ocenę kadru, szybkie ustawienie ekspozycji i gotowe. Zima uczy fotografa swoistej dyscypliny percepcyjnej. W niskiej temperaturze nikt nie ma ochoty przez kwadrans deliberować nad parametrami ISO.

Kulminacją tych dwóch miesięcy były jednak ferie spędzone w Trójmieście. I choć Bałtyk zimą nie należy do najbardziej oczywistych kierunków turystycznych, dla fotografa jest to przestrzeń niemal hipnotyczna. Morze skryte pod cienką warstwą lodu przypominało ogromną płaszczyznę szkła, na której wiatr rysował subtelne struktury przypominające fraktale.

Spacerując po plażach Gdańska, Sopotu i Gdyni, można było odnieść wrażenie uczestnictwa w jakimś osobliwym eksperymencie estetycznym. Linia horyzontu była niemal geometryczna, światło odbijające się od lodowych tafli tworzyło zjawiska przypominające interferencję fal, a samotne sylwetki spacerowiczów wpisywały się w pejzaż niczym elementy starannie przemyślanej kompozycji.

Z fotograficznego punktu widzenia Bałtyk zimą ma jedną ogromną zaletę: jest radykalnie spokojniejszy. Plaże, które latem przypominają niekiedy scenę z antropologicznego studium turystyki masowej, zimą odzyskują swoją pierwotną surowość. Fotograf może pracować w ciszy, bez konieczności wykonywania skomplikowanych manewrów logistycznych między parawanami i stoiskami z goframi.

Trójmiasto ma zresztą w zimie pewien szczególny rodzaj melancholijnej elegancji. Architektura portowa, industrialne nabrzeża, puste molo w Sopocie wszystko to tworzy pejzaż o wyraźnym charakterze narracyjnym. Zdjęcia z takich miejsc rzadko są wyłącznie dokumentacją przestrzeni. Zazwyczaj stają się raczej wizualnymi opowieściami o ciszy, dystansie i zimowej kontemplacji.

A jednak, jak to bywa z każdą porą roku, również zima ma swój naturalny kres. Pod koniec lutego zaczyna się pojawiać subtelna zmiana światła. Dzień staje się zauważalnie dłuższy, słońce wspina się wyżej nad horyzont, a śnieg jeszcze niedawno nieskazitelny zaczyna powoli ustępować miejsca pierwszym oznakom przedwiośnia.

Fotografowie doskonale znają ten moment. To swoiste interregnum między sezonami wizualnymi. Zima jeszcze trwa, ale w powietrzu pojawia się już delikatna zapowiedź czegoś nowego.

I choć trzeba przyznać, że tegoroczne dwa miesiące były dla fotografii krajobrazowej niezwykle hojnie wyposażone w światło, śnieg i przestrzeń, trudno oprzeć się wrażeniu, że wszyscy mniej lub bardziej świadomie zaczynamy już wypatrywać pierwszych sygnałów wiosny.

Bo w fotografii, podobnie jak w życiu, najpiękniejsza jest właśnie ta cykliczność. Światło wraca. Krajobraz zmienia swoje barwy. A my znów zaczynamy patrzeć na znane miejsca tak, jakbyśmy widzieli je po raz pierwszy.

Peace!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze